poniedziałek, 10 listopada 2014

Wiesław Budzyński "Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila" + nagroda Identitas



Biografie przywodzą mi na myśl ludzi, którzy dożyli sędziwego wieku i których liczne życiowe ścieżki mogą stać się inspiracją dla ówczesnego czytelnika. Ostatnio miałam okazję sięgnąć po życiorys wyjątkowego mężczyzny. Ta szczególność odnosi się nie tylko do krótkiego życia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, bo właśnie jego losy miałam okazję prześledzić; ta szczególność przejawia się także w jego działaniach i osobowości. I choć zmarł w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat swoim życiem i poprzez swoją poezję może na wiele spraw nas jeszcze uczulić.  
Biografię Krzysztofa Kamila Baczyńskiego napisał pan Wiesław Budzyński, który jest także autorem opracowań i wyborów poezji Baczyńskiego. Wspomniana biografia nie jest jedyną jego publikacją traktującą o losach poety. Wcześniejsze tytułu to m.in. „Testament Krzysztofa Kamila”, „ Dom Baczyńskiego” oraz „Taniec z Baczyńskim”. „Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila” to efekt wieloletniej pracy autora w odkrywaniu nowych faktów z życia Baczyńskiego, odnajdywaniu ludzi, którzy znali poetę osobiście oraz analizowaniu informacji, które czasami diametralnie się od siebie różniły. Z pewnością nie było to łatwe zadanie, ale jak twierdzi sam autor biograf musi stać się detektywem i „geologiem grzebiącym w popiołach i w ludzkiej pamięci”.
Ogrom pracy włożony w tę publikację budzi uznanie, co więcej jest to widoczne na kartach biografii. Autor zadbał o to, by życiorys Baczyńskiego, nie stał się mechaniczną opowieścią zapełnioną wieloma datami i suchymi faktami. Wszelkie informacje podane są w bardzo przystępnej formie, językiem przywodzącym na myśl ówczesne lata. Walorem publikacji są także relacje ludzi ze środowiska Baczyńskiego, liczne fotografie czy też szkice samego poety.
„Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila” to opowieść nie tylko o jednym człowieku, lecz o wszystkich tych, którzy, jak on walczyli za ojczyznę. Ponadto jest to spojrzenie na ówczesną Warszawę, gdzie życie wiązało się z nieustannym strachem. W moim odczuciu ta biografia to również próba oswobodzenia Baczyńskiego z mitu, jakim się stał i zwrócenie uwagi na fakt, że był on „zwyczajnym” człowiekiem, który miewał słabości, chwile zwątpienia, problemy zdrowotne i rodzinne.
Dla mnie publikacja okazała się wartościowa, jednak są pewne elementy, które mnie „uwierały” i rozpraszały. Pierwszym elementem są przypisy, które zamiast na dole strony zostały umieszczone z tyłu książki. Nieustanne wertowanie w celu odszukania konkretnego przypisu nieco mnie dekoncentrowało. Kolejnym czynnikiem, który utrudniał mi odbiór jest pewna chaotyczność w przedstawieniu zdarzeń. Takie „skakanie po datach” także lekko utrudniało mi odbiór książki.  
Biografia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego to publikacja obowiązkowa dla wielbicieli talentu młodego poety. Poznanie jego losów z pewnością pozwoli na dokładniejszą interpretację jego utworów. Książkę mogę polecić także tym, którzy chcą przeczytać o Warszawie w okresie wojennym oraz spojrzeć na Powstanie warszawskie oczami tych, którzy brali w nim udział. Poza tym po książkę pana Wiesława Budzyńskiego warto sięgnąć również po to, by przekonać się, jak intrygująca opowieść może powstać, kiedy pasją człowieka staje się drugi człowiek. 





Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa M
 


W. Budzyński - Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila" 
stron: 336

Wyd. Wydawnictwo M 2014
*****




środa, 5 listopada 2014

Christophe Mauri "Matt Hidalf. Błyskawica Widmo"



Gwiezdne Królestwo to miejsce pełne magii i zaczarowanych istot. To miejsce, gdzie mieszkańcy Solaru i Darnaru prowadzą swoje małe potyczki. I wreszcie to miejsce pełne legend i tajemnic, które istotnie wpłyną na życie każdego mieszkańca.
Jest taka osoba, którą zna dosłownie każdy; która nie daje o sobie zapomnieć i co rusz doprowadza swoją rodzinę do rozpaczy, tą osobą jest jedenastoletni Matt Hidalf. Chłopiec od najmłodszych lat uwielbia robić psikusy. Rok temu postanowił zażartować z samego króla i ożenił go z pewną bezzębną wiedźmą. Za wybryki chłopca baty nieustannie zbiera jego ojciec, zatem nic dziwnego, że odlicza dni do momentu, aż jego syn opuści rodzinne gniazdo. Życzenie pana Hidalfa może wkrótce się spełnić, gdyż Matt’a czeka egzamin do Akademii Elity – renomowanej szkoły dla przyszłych wojowników. 
 Akademia Elit to marzenie każdego mieszkańca królestwa. Egzaminy wstępne są bardzo trudne, zatem każdy chłopiec przygotowuje się do niego znacznie wcześniej. Matt oczywiście czyni to na swój sposób. Zamiast ślęczeć na opasłymi tomami, bohater opracowuje plan, jak przechytrzyć komisję egzaminacyjną i dostać się w poczet uczniów bez zdawania testów. Jeszcze żadnemu dziecku nie udało się dostać do Akademii dzięki oszustwu. Czy Mattowi się to uda? Nie zdradzę.
Powieść Christophe Mauri przywodzi mi na myśl cykl o Harrym Potterze. Wyraźnie da się wyczuć, że przygody znanego na całym świecie małego czarodzieja posłużyły autorowi za inspirację. Przyznam, że trochę się tego obawiałam, gdyż granicę między inspiracją, a nieudolną kopią bardzo łatwo przekroczyć. Mauri w moim odczuciu zachował odpowiedni balans i stworzył intrygujący świat z wyjątkowym klimatem. Mnie pochłonął od pierwszych stron. Muszę wspomnieć jeszcze o tym, że w powieści odnajdziemy ślady nie tylko Harry’ego Pottera. Sama, bawiąc się trochę w detektywa, odkryłam nawiązana do dramatu „Romeo i Julia” czy legendy o Tristanie i Izoldzie.
Nie tylko książkowa rzeczywistość mnie urzekła, ale także jej bohaterowie. Autor postarał się o to, by każda z postaci miała w sobie coś charakterystycznego.  I tak Matt, to geniusz w kombinowaniu, jego siostra Złota Julita ma dryg do tańca, Srebrna Julita odznacza się sprytem, a Miedziana Julita jest niezwykle bystra. Jednak rodzeństwo Hidalfów nie są jedynymi bohaterami, którzy skradli moje serce. Mamy tutaj wiele sylwetek, które są zabawne, zaskakujące i momentami irytujące.
Oprócz wyjątkowych bohaterów powieść posiada także absorbującą fabułę. Zaskakujące zwroty akcji i liczne wątki sprawią, że młody czytelnik nie poczuje się znużony. Autor umiejętnie wodzi za nos czytelnika. Pewne zagadki, które na pierwszy rzut oka zdają się być dziecinnie proste do rozwiązania niepostrzeżenie okazują się trudnymi do przejścia labiryntami.
„Matt Hidalf. Błyskawica widmo” to ciepła opowieść, nie pozbawiona humoru i magii. To historia, która pozwala przypomnieć sobie, jak wielką wartością jest rodzina. Nie zabraknie także refleksji na temat przyjaźni, zaufania oraz wytrwałości. Dla młodych czytelników książka będzie nie tylko wspaniałą przygodą, ale i lekcją. Powieść polecam także dorosłym czytelnikom, bo choć na początku nasuwa się myśl „ale to już było” warto dać ponieść się tej przygodzie, która ma w sobie wiele uroku. 




 Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak Emotikon
 
 
 
 
Ch. Mauri - Matt Hidalf. Błyskawica Widmo, tom I
stron: 352
Wyd. Znak Emotikon



poniedziałek, 3 listopada 2014

[muzycznie] Renata Przemyk - Rzeźba dnia



Renata Przemyk od dwudziestu pięciu lat hipnotyzuje słuchaczy swoim głosem. Mnie jej twórczość towarzyszy od ponad dziesięciu lat. I choć wydawać by się mogło, że ta wieloletnia znajomość staje się coraz bardziej przewidywalna, artystka swoją najnowszą płytą „Rzeźba dnia” udowadnia, że potrafi zaskoczyć nawet swoich długoletnich wielbicieli.
Od premiery „Rzeźby dnia” minął nieco ponad miesiąc, w tym czasie zdążyłam wielokrotnie wsłuchać się w utwory, przeanalizować słowa, wychwycić dźwięki. Gdybym poczekała jeszcze z publikacją tego tekstu, pewno odkryłabym jeszcze więcej, zgłębiła przekaz płyty. Dzielę się zatem odczuciami towarzyszącymi mi na chwilę obecną.  
Naturalnie okładka płyty w pierwszej kolejności „wystawiona” jest na ocenę słuchacza. A ta, muszę przyznać, przykuwa uwagę i intryguje. Zważywszy na to, iż wcześniejsze okładki charakteryzowały się minimalizmem i stonowaną kolorystyką ta, można powiedzieć „bije” po oczach. Tym razem artystka postawiła na soczyste barwy oraz komiksową wręcz ilustrację odwołującą się do zawartości krążka.
„Rzeźba dnia” to płyta na którą czekałam i jednocześnie obawiałam. Utwór promujący nowe wydawnictwo pani Renaty, zatytułowany „Kłamiesz” zaskoczył mnie i wprawił w niemałą konsternację, gdyż z jednej strony była to wciąż muzyka, którą artystka czaruje mnie od lat; z drugiej natomiast było w tych dźwiękach coś, co nie pasowało mi do stylu Renaty Przemyk. Z przekonaniem, że nie trzeba było ulepszać czegoś, co działa sprawnie zanurzyłam się w elektroniczne brzmienia.
Każda z płyt Renaty Przemyk to opowieść, którą artystka pragnie przekazać słuchaczom. To zapis wniosków z lekcji, jakich udziela życie oraz zapis spostrzeżeń z obserwacji ludzkich zachowań. Tym razem ta historia zdaje się być opowiedziana okiem kobiety delikatnej, wrażliwej i sensualnej. Przyznam, że przyzwyczajona do bardzo temperamentnego i zadziornego wcielenia pani Renaty, ta nowa odsłona nieco mnie zaskoczyła. Na plus. W końcu kobieta zmienną jest.
„Czas M” - utwór otwierający płytę stopniowo oswajał mnie z elektroniką, która nie była tutaj nachalna, a połączona z dźwiękami akordeonu (charakterystycznego dla twórczości pani Renaty) oraz fletu przywodzi mi na myśl muzykę orientalną. Czego jeszcze możemy się spodziewać w warstwie muzycznej? Wychwyciłam momenty, które śmiało mogę zaliczyć do klimatów muzyki klubowej („Raczej”, „Kłamiesz”), czy też takie, które przywodzą mi na myśl utwory hip-hopowe („Dwojedno”). Wszystko to oczywiście oparte w dużej mierze na elektronice, której brzmienia zostały „przełamane” dźwiękami „żywych” instrumentów.
Nie sposób pominąć warstwy tekstowej – i tutaj – także zaskoczenie! Dotąd autorką tekstów była Anna Saraniecka; tym razem niemal wszystkie wyszły spod pióra samej Renaty Przemyk. To w moim odczuciu ogromny walor płyty, gdyż nareszcie możemy lepiej poznać artystkę i jej spojrzenie na różne aspekty życia. Dzięki tekstom ta płyta zdaje się być najbardziej osobistą w dorobku Renaty Przemyk.
Teksty oscylują wokół uczuć i emocji. Traktują także o naszych słabostkach i ulotności chwili. Widać tutaj wyraźnie kobiece spojrzenie. Oczywiście nic tutaj nie jest powiedziane wprost, aby odkryć przekaz należy wsłuchać się nie tylko w słowa ale i tembr głosu artystki.
Jeśli miałabym się pokusić o wyodrębnienie utworów, które szczególnie mnie poruszyły, to bez wątpienia wymieniłabym  Nic to jest”, „Raczej”, „Kot”, „Wilk” i „Życie bez”. Pierwszy z nich to utwór na pozór lekki, jednak kiedy przysłuchamy się uważnie zauważymy, że to prośba o uczucie i uwagę. Każdy pragnie miłości, jednocześnie bojąc się odrzucenia i cierpienia. Refren początkowo subtelny, przy kolejnym powtórzeniu nabiera siły:
 Śpiewaj mi że to jest coś najpiękniejszego na świecie
Śpiewaj mi że to nie zaboli
Śpiewaj mi do ucha tak blisko i bardzo powoli
Mnie refren przywodzi na myśl kołysankę, śpiewaną właśnie do ucha. „Raczej” to utwór z tekstem Anny Saranieckiej, może właśnie dlatego wydaje się być zbliżony do dotychczasowej twórczości Renaty Przemyk. Muzycznie mocno podparty elektroniką, co trochę mnie uwierało, jednak przekaz sprawił, że stał on się jednym z moich ulubionych. „Kot” urzekł mnie przewrotnością i skojarzeniami z poezją pani Szymborskiej. „Wilk” to klimatyczna kompozycja, budząca dreszczyk i lekki niepokój. Nie wiedząc czemu od pierwszych dźwięków skojarzyłam ją z utworem „Twoja kara” z płyty „Balladyna”. Ostatni mój muzyczny ulubieniec to „Życie bez” o tym, że prawda i kłamstwo to wartości zmienne. To co dziś jest dla nas prawdą, jutro może okazać się kłamstwem.
Rzeźba dnia” to płyta, która odkrywa nowe oblicze artystki. Jest tutaj coś znajomego, tak charakterystycznego dla twórczości Przemyk, jednak podane w nowej oprawie muzycznej zdaje się być takie inne. Ten krążek to  dowód na to, że pani Renata nieustannie poszukuje nowych dróg w swojej muzycznej wędrówce i nie boi próbować się nowych rzeczy. Niektórzy mogą grymasić, że to już nie ta dobrze im znana Przemyk, jednak warto dać płycie szansę, chociażby ze względu na wymagające, wartościowe teksty. A elektroniczne brzmienia? Są tak wyważone, że ja w końcu się do nich przekonałam.

niedziela, 2 listopada 2014

J. T. Ellison "Pocałunek śmierci"



Swoją przygodę z cyklem o pani detektyw Taylor Jackson zaczęłam od tomu siódmego, w związku z czym zaprzyjaźnianie się z nią było nieco utrudnione przez nieznajomość istotnych faktów z poprzednich części. Powieść nie powalała na kolana, jednak umiejscowienie akcji w zabytkowym zamku nieco podbudowało kulejącą fabułę. Plusem okazał się także rozbudowany portret psychologiczny głównej bohaterki. Całość zatem wypadła nie najgorzej, zatem zdecydowałam się na kontynuację znajomości z Taylor Jackson. Tym razem za sprawą „Pocałunku śmierci”, który jest trzecim tomem serii. 

W jednym z domów na przedmieściach Nashville zostaje zamordowana młoda kobieta, Corinne Wolff. Jedynym świadkiem okazuje się być półtoraroczna córeczka ofiary, Hayden. Sprawa zostaje przekazana Taylor Jackson. Kobieta musi sprawdzić każdy trop i przesłuchać wszystkich potencjalnych sprawców. W toku śledztwa wychodzi na jaw wiele zaskakujących informacji na temat zmarłej. Okazuje się, że kobieta wraz z mężem prowadziła nielegalną działalność. A co za tym idzie znała wielu podejrzanych typków i każdy z nich może być mordercą. Zabójstwo Corinne to nie jedyny problem pani detektyw, bowiem ktoś dokłada wszelkich starań, by skompromitować Taylor oraz utrudnić jej rozwiązanie sprawy.

„Pocałunek śmierci” potraktowałam jak powieść z cyklu lekkich i odprężających. Jednak nawet nie będąc zbyt wymagająca względem prozy J. T. Ellison czuję rozczarowanie. W mojej opinii autorka nie miała interesującego pomysłu na fabułę. Intryga jest bardzo przewidywalna. Sama bez większego problemu wytypowałam czarny charakter. Język, jak w poprzedniej części jest niewyszukany, co sprawia, że całość czyta się sprawnie i jakby od niechcenia. Przyznam, że ta przygoda, która zaczęła się nie najgorzej zamieniła się w nieco nużącą wędrówkę. Poprzednio spore znaczenie odegrał nastrój, sceneria oraz manipulacja umysłami bohaterów. Te czynniki sprawiły, że moje odczucia względem powieści odrobinę się podgrzały. Niestety tutaj tego zabrakło. Zatem „Pocałunek śmierci” na tle tomu siódmego wypada blado. Ot, jeszcze jeden przeciętny kryminał, których na rynku czytelniczym całkiem sporo. 




  Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira\ Harlequin




J. T. Ellison - Umarli nie kłamią
stron:352
Wyd. Mira/Harlequin 2014