piątek, 14 września 2018

Sarah Hilary "Ciszej niż śmierć"

Inspektor Marnie Rome trafia do miejsca, z którego uciekła wiele lat temu – do domu rodzinnego. Ktoś dokonał włamania i brutalnie pobił obecnych właścicieli. Kiedy Rome przybywa na miejsce przekonuje się, że sprawca doskonale znał rozmieszczenie pomieszczeń znajdujących się w budynku, co więcej osoba, która tego dokonała odnalazła coś, czego ona od dawna szukała – pudełka, którego zawartość tak boleśnie przypominała o tym, co wydarzyło się kilka lat wcześniej.
Włamanie to nie jedyna sprawa, z którą przyjdzie zmierzyć się pani inspektor, bowiem na ulicach Londynu dochodzi do brutalnych napaści, których ofiarami są ludzie z kryminalną przeszłością. Czy te napady mają jakiś wspólny mianownik? Kto jest sprawcą? I wreszcie, czy te wydarzenia i włamanie do domu Rome są ze sobą powiązane? Z tymi pytaniami zmierzą się Marnie Rome i Noah Jake, którzy będą musieli stawić czoła  swoim prywatnym problemom. A co tu dużo mówić, los szykuje dla nich sporo niespodzianek.
I jest jeszcze Finn, dziesięcioletni chłopiec, który się boi i tęskni za ojcem. Jego losy poznajemy wespół z trzonową historią czyli śledztwem prowadzonym przez inspektorów. Kim jest Finn i co budzi w nim strach? A może kto?
Ciszej niż śmierć” to czwarta część cyklu serii o inspektor Marine Rome autorstwa Sarah Hilary, laureatki prestiżowej nagrody Theakston’s Crime Novel of the Year. Muszę nadmienić, że ja dopiero odkrywam twórczość autorki, zaczynając właśnie od „Ciszej niż śmierć”.
Szczególnie zaintrygowali mnie bohaterowie, więc to o nich napiszę w pierwszej kolejności. Każdy z nich skrywa w sobie coś od czego pragnie uciec. Marine usiłuje wymazać z pamięci rodzinny dom i przyrodniego brata Stephena. Z kolei on nie chce pamiętać swojej biologicznej matki. Te uniki są bezowocne, gdyż ta przeszłość już się w nich zakorzeniła i ciągle ma wpływ na ich aktualne decyzje i wybory. Mam nadzieję, że sięgając po poprzednie części dowiem się czegoś więcej o wydarzeniach mający tak duży wpływ na życie tej dwójki. Jednak nie tylko oni próbują okiełznać to co minęło. Wiele tu postaci, których przeszłość stanowi dla mnie interesującą zagadkę.
Przechodząc do kryminalnej strony tej powieści, muszę przyznać, że kilkukrotnie dałam się zwieść i rozwiązałam tę zagadkę jedynie częściowo. Pozytywne zaskoczyła mnie staranność w budowaniu intrygi, która ma wiele powłok prze które czytelnik musi się przebić, aby dotrzeć do rozwiązania. Sarah Hilary nie koncentruje się jedynie na tymże elemencie. W swoją powieść wplata również wątki obyczajowe koncentrujące się na przestępczości zorganizowanej i gangach, których członkami są dzieci i młodzież. Ponadto zwraca naszą uwagę na problem samodzielnego wymierzana kary i szukana sprawiedliwości na własną rękę.
„Ciszej niż śmierć” to wielowątkowa powieść z precyzyjne dopracowaną zagadką kryminalną. Powieść o ludziach, którzy próbują odnaleźć własną drogę tkwiąc pomiędzy przeszłością i teraźniejszością.
Sarah Hilary - Ciszej niż śmierć
stron: 504
wyd. Czwarta Strona 2018

środa, 5 września 2018

Robert Małecki "Skaza"


Z Jeziora Chełmińskiego zostają wyłowione zwłoki piętnastoletniego chłopca oraz starszego mężczyzny, który- sądząc po ubiorze- był bezdomny. Śledztwo zostaje powierzone komisarzowi Bernardowi Grossowi, który musi ustalić, czy ofiary poniosły śmierć na skutek nieszczęśliwego wypadku, czy na skutek czyjejś ingerencji. To dochodzenie zmusi Grossa do konfrontacji z jego przeszłością. Komisarz będzie musiał wrócić do wydarzeń sprzed dziesięciu lat, które po dziś dzień są dla niego koszmarem.

„Skaza” autorstwa Roberta Małeckiego  tom serii o komisarzu Bernardzie Grossie. Z pewnością niejeden fan kryminałów zna autora z cyklu o komisarzu Marku Benerze. Dla mnie to pierwsze i mam nadzieję, że nie ostatnie spotkanie z twórczością Roberta Małeckiego.

Autor czerpie z klasyki gatunku i sięga po schematy, z którymi spotykam się w powieściach kryminalnych. Co więcej, te znane skądinąd rozwiązana sprawdzają się tutaj bardzo dobrze. 

Akcja osadzona jest Chełmży – miasteczku  położonym w województwie kujawsko – pomorskim. Gross obejmując tutaj stanowisko liczył na spokój, jednak nic z tego. Musi zrekonstruować wydarzenia poprzedzające śmierć nastolatka i mężczyzny. Nie będzie to łatwe, gdyż osoby, które mogą udzielić mu jakichkolwiek informacji nie są skore do rozmowy. Kto mówi prawdę, a kto nie. Kto kogoś kryje i dlaczego? Na te pytania komisarz musi jak najszybciej znaleźć odpowiedź. 

Muszę przyznać, że komisarz Bernard Gross jest postacią, która mnie intryguje. I mam nadzieję, że w kolejnych odsłonach cyklu będę mogła lepiej go poznać. Gross to glina po przejściach (i jest to może nieco stereotypowe, ale nie niekorzystne), który, choć stara się iść do przodu wciąż mocno zakorzeniony jest w rozpamiętywaniu tego, co było. Analizuje każdą sekundę wydarzeń mających miejsce w 2008 roku i stara się zrozumieć co właściwie się stało. Mam nadzieję, że niebawem autor przybliży czytelnikom przeszłość głównego bohatera i jego rodziny. Oczywiście nie tylko Gross przykuł moją uwagę. „Skałka” – policjantka współpracująca z komisarzem czy Malwina Lemańska – znajoma Grossa to postaci o których - odnoszę wrażenie – jeszcze przeczytamy.

Robert Małecki wykreował charaktery, które absorbują, a co z fabułą? Zacznijmy od wątku, który jest trzonem powieści czyli od śledztwa. Dwaj denaci i żadnych śladów, które wskazywałyby na morderstwo. Długo tworzyłam swoje teorie, szukałam winnego i usiłowałam dopasować aktualne wydarzenia do tych sprzed dekady. Finał opowieści pozytywnie zaskoczył mnie tym, że nie do końca udało mi się połączyć wszystkie elementy tej historii. Jednak konstrukcja „Skazy” nie opiera się jedynie na motywie domniemanej zbrodni. Odnajduję tutaj wątki obyczajowe, które pozwalają  się skupić na człowieku i jego słabościach, bo choć problemy, o których pisze autor, dotykają konkretnych bohaterów, często SA nam bardzo dobrze znane. Jeśli chodzi o tempo akcji to nie jest ono zawrotne. Mnie to odpowiadało, jednak niektórym czytelnikom może brakować dynamizmu. Mnie Natomiast to, co utrudniło mi wtopienie się w tę opowieść to imiona postaci, które w pewnym momencie zostały przekręcone, jednak niebawem wszystko wróciło do normy. 

„Skaza” to dobrze skonstruowany kryminał, który dostarczy fanom gatunku niemałych wrażeń. Dla mnie to także opowieść o człowieku – o jego słabościach, jego błędach, które za wszelką cenę próbuje naprawić, a także o jego miłości do pieniądza, która potrafi zaślepić. Niby to wszystko już było, a jak dobrze się czyta.





R. Małecki – Skaza

stron: 568
wyd. Czwarta Strona 2018

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

[film] "Ernest i Celestyna"- reż. Stéphane Aubier, Benjamin Renner, Vincent Patar


Plakat pochodzi ze strony IMDb, a zdjęcia ze strony Kina Nowe Horyzonty


Ernest: Niedźwiedź i mysz razem to jakoś niezbyt…

Celestyna: Czemu nie? Bo nie wypada? Bo nie wolno? Bo niby niedźwiedzie są z góry, a myszy z dołu, tak?

Ernest: Żebyś wiedziała! Tak właśnie jest od zawsze, i już!*

Celestyna dorasta w przekonaniu, że niedźwiedź jest najgorszym wrogiem myszy. A kiedy dorośnie zostanie najpierw stażystką zbierającą zęby, a później dentystką, która ratuje siekacze innych gryzoni. Dla rówieśników celestyny taka kolej rzeczy jest naturalna, natomiast dla niej, ten narzucony jej schemat życia staje się więzieniem. Celestyna ma duszę artystki, nieustannie maluje obrazy w swoim zeszyciku. Co więcej, niedźwiedzie ją intrygują, bo w to, że one są takie przerażające nie bardzo wierzy. Pewnego dnia na swej drodze spotyka Ernesta- misia, który ratuje jej życie. W rewanżu, Celestyna postanawia pomóc mu w poszukiwaniu jedzenia. Ci dwoje szybko się zaprzyjaźniają, co nie wszystkim się podoba. Ponadto trochę nabroili i zmuszeni są uciekać przed tabunem policjantów. Postanawiają przezimować w chatce Ernesta, jednak nie można się wiecznie ukrywać.

„Ernest i Celestyna” to animacja powstała na kanwie opowieści dla dzieci napisanych w latach osiemdziesiątych przez Gabriellę Vincent. Za reżyserię odpowiadają pochodzący z Francji Stéphane Aubier oraz Benjamin Renner, a także urodzony w Belgii Vincent Patar. Film został stworzony techniką 2D. Pastelowa tonacja i wyraźnie „niedociągnięte” kreski nadają tej opowieści wyjątkowy klimat. Mnie samej przywodzi ona na myśl ulubione bajki z dzieciństwa.

O czym jest ta bajka? Oczywiście o Erneście i Celestynie ;) Jednak przede wszystkim jest to opowieść o sile przyjaźni. Ernesta i Celestynę dzieli wszystko: pochodzenie, spojrzenie na świat, a nawet temperament. Jest jednak coś, co ich łączy: to odrzucenie i samotność. Ponadto oboje są wrażliwi, jak na artystów, (czy też niespełnionych artystów) przystało. Główni bohaterowie udowadniają, że prawdziwa przyjaźń nie zna granic. Ernest i Celestyna uczulają widzów nie tylko na to, by iść za głosem serca i walczyć o przyjaźń, ale pokazują także walkę ze stereotypami, które bywają krzywdzące. Mysz i niedźwiedź zwracają uwagę na jeszcze jedną ważną kwestię- na to, by nie oceniać nikogo po pozorach, w końcu nie taki niedźwiedź straszny… ;)

„Ernest i Celestyna” to wzruszająca opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, o tęsknocie za bliskością i zmaganiach narzucanym odgórnie normami. Polecam nie tylko dzieciom, ale również dorosłym widzom. Tutaj zaznaczę, że – w moim odczuciu- jest to animacja dla starszych dzieci, gdyż kilkuletnie dzieci momentami mogą się po prostu bać.







*Dialog pochodzi z filmu Ernest i Celestyna, w reżyserii Stéphane Aubier, Benjamina Renner, Vincenta Patar


Ernest i Celestyna – reż. Stéphane Aubier, Benjamin Renner, Vincent Patar

czas trwania: 80 minut

polski dubbing: Miłogost Reczek (ujął mnie jako Ernest;)), Julia Kołakowska, Grzegorz Pawlak, Adam Bauman i inni.

Produkcja: Belgia, Francja, Luksemburg, 2012

wtorek, 21 sierpnia 2018

Ann Cleeves "Czerń kruka"


„Kruki tańczyły na niebie”*

Fran Hunter wracała do domu, do swojej córki. Wędrówkę utrudniał jej siarczysty mróz, śnieżny pancerz pokrywający drogę i… wirujące kruki. O właśnie one poprowadziły ją do miejsca, gdzie znalazła zwłoki szesnastoletniej Catherine Ross. Ta zbrodnia szokuje mieszkańców Ravenswick. Nagle z ufnych i gościnnych ludzi zamieniają się w podejrzliwe osoby, którym nieustannie towarzyszy lęk. W końcu każdy z sąsiadów może okazać się mordercą. Dochodzeniem ma zająć się inspektor Jimmy Perez, który z zaskoczeniem obserwuje to, jak łatwo przychodzi społeczeństwu wydawanie wyroków, bowiem ludzie już znaleźli winnego. Jest nim Magnus Tait – niepełnosprawny umysłowo starzec, mieszkający samotnie na Hillhead. Jednak Perez nie do końca jest przekonany o  słuszności tych oskarżeń, choć coraz więcej dowodów przemawia na niekorzyść chorego mężczyzny. Tymczasem Fran, znajduje kolejne zwłoki, tym razem to ciało Catriony Bruce – dziewczynki, która zaginęła osiem lat temu. Czy te dwa morderstwa są ze sobą powiązane? Tego niezwłocznie musi dowiedzieć się Jimmy Perez.

„Czerń kruka” autorstwa Ann Cleeves otwiera kwartet szetlandzki – kryminalną serię, której akcja umiejscowiona jest na Szetlandach, a ogniwem łączącym tomy jest postać inspektora, Jimmy’ego Pereza. Ta seria zaintrygowała mnie nie tylko ze względu na moją słabość do kryminałów i thrillerów, ale również przez wzgląd na miejsce akcji – Szetlandy, archipelag wysp położony na Oceanie Atlantyckim. Miałam nadzieję, że te tereny zagwarantują historii wyjątkowy klimat- i tak się stało. Zaś jeśli chodzi o samą fabułę, dostrzegam w niej zarówno te obiecujące detale, jak i te nieco słabsze elementy.  Ale po kolei.

Przyjrzyjmy się chwilkę miejscu akcji i aurze jakie ono generuje. Szetlandy to archipelag ponad stu wysp, jednak zamieszkiwanych jest tylko piętnaście z  nich. Rozległe, często opuszczone tereny, strome klify, plaże, pagórki i torfowiska stanowią charakterystyczne elementy tamtejszego krajobrazu. A wszystko to przybrane zimowymi akcentami, gdyż opowieść rozpoczyna się wraz z nadejściem Nowego Roku. Zatem przenikliwy chłód, gruba warstwa śniegu i przeszywający do szpiku kości wiatr to stałe elementy szetlandzkiego pejzażu. I te kruki zwiastujące coś strasznego... Mnie wciągnęła ta surowa atmosfera tego miejsca. Ponadto na klimat wpływa także niespieszne tempo akcji, dzięki czemu autorka stopniowo dozuje czytelnikowi swoją opowieść. Czytelnicy lubiący wartką akcję mogą poczuć się znużeni.

Autorka na miejsce akcji wybrała spokojne i można powiedzieć hermetyczne Ravenswick, gdzie mieszkańcy znają się jak łyse konie, a każdy dzień jest bardzo przewidywalny. Obraz sielskiego życia skontrastowany z morderstwem jest schematem często stosowanym w literaturze. Tutaj – muszę przyznać- dobrze to zadziałało. Dodam, że Ravenswick jest miasteczkiem fikcyjnym ( ten obszar w rzeczywistości nosi nazwę Sandwick).

Ann Cleeves wyraźnie szkicuje portrety głównych postaci, ukazując relacje między nimi, a gdy to konieczne wracając do wydarzeń sprzed lat, by czytelnik miał jak najpełniejszy obraz bohaterów. Mnie w szczególności zaintrygowały te osoby, które są w pewnym sensie odrzucone i mają poczucie wyobcowania. Pierwszą z nich jest wspomniany wcześniej Magnus Tait. Ekscentryczny, chory mężczyzna, który po śmierci matki został sam. Spragniony czyjegoś towarzystwa, z okna obserwuje sąsiadów, w nadziei, na niespodziewaną wizytę któregoś z nich. Trochę dziki, przestraszony, mający trudności z komunikacją, budzi przede wszystkim strach. Kolejną osobą ignorowaną przez otoczenie jest Sally - przeciętna, trochę nieśmiała nastolatka, borykająca się z lekką nadwagą. Dziewczyna nie ma w szkole łatwego życia, ze względu na fakt, iż jest córką nauczycielki. Wiecznie samotna, próbująca zwrócić na siebie uwagę rówieśników w końcu doczeka się swoich pięciu minut. Warto jednak przyjrzeć się każdemu z bohaterów, gdyż oni wszyscy kryją w sobie pewne tajemnice.

Moją uwagę przykuły także zwyczaje mieszkańców wysp, a w szczególności Up- Helly- Aa – festiwal ognia, który odbywa się w Lerwick w ostatni wtorek stycznia. Rozpoczyna się pochodem mężczyzn ubranych w nordyckie stroje. Po zmroku mieszkańcy wyruszają z pochodniami, które rzucają na wcześniej przygotowany okręt wikingów.

Czas przejść do zagadki kryminalnej. Wcześniej pisałam o słabszych elementach i ta intryga – w moim odczuciu- właśnie nim jest. Przyznam, że autorka podsuwa wiele tropów, które skutecznie potrafią zmylić czytelnika, jednak to, co mnie nie przekonuje to fakt, że nie znajdujemy żadnych poszlak, które przemawiają za tym, że to TA osoba jest sprawcą. Nie wiadomo, jak śledczy wpadli na ten właściwy ślad. Dochodzenie się toczy, zyskujemy coraz więcej informacji, tworzymy domysły i… przeskok, bez wcześniejszych poszlak - trach mamy tego, o kogo nam chodziło. I choć sama wyprzedziłam inspektora Pereza w wytypowaniu sprawcy, taka konstrukcja finału mnie rozczarowała.

Ann Cleeves stworzyła klimatyczny kryminał, którego siłą są bohaterowie, którzy poddając się emocjom i namiętnościom zdolni są do rzeczy o które się nie podejrzewali. Czy jest to namiętność, która pali, jak ogień, czy nienawiść, która jest jak lód – nieważne, bowiem każde z nich niszczy. Polecam.

Jedni mówią, że świat niszczy ogień.

Inni, że lód.

Iż poznałem pożądanie srogie,

Jestem z tymi, którzy mówią: ogień.

Gdyby świat zaś dwakroć ginąć mógł,

Myślę, że wiem o nienawiści

Dość, by rzec: równie dobry lód

Jest, by niszczyć,

I jest go w bród**


*Zdanie pochodzi z książki Ann Cleeves „Czerń kruka”, wyd. Czwarta Strona 2018

** Wiersz Roberta Frosta „Fire and Ice” w tłumaczeniu Ludmiły Mariańskiej, do którego odwołuje się jedna z bohaterek powieści.


A. Cleeves - Czerń kruka

stron: 416

wyd. Czwarta Strona, 22.08.2018

czwartek, 16 sierpnia 2018

Marcin Brzostowski "Podpalę wasze serca!"

Karolowi Szramie właśnie stuknęła czterdziestka. Te okrągłe urodziny stają się dla mężczyzny okazją do poddania w wątpliwość swoje dotychczasowe życie. A jakie ono jest? Hmmm… nieciekawe- krótko mówiąc. Karol ma rodzinę, która go wykańcza. Małżonka jest wiecznie niezadowolona (w jego przekonaniu), a syn, Arek nie ma dla niego ani krzty szacunku. To jednak nie wszystko, bowiem do tej czary pełnej goryczy trzeba dodać jeszcze kredyt na mieszkanie, który – jak wszystko pójdzie dobrze- mężczyzna spłaci za dwadzieścia lat oraz pracę w wielkiej korporacji, której trybikiem jest on- Karol Szrama we własnej osobie.

Facet ma przechlapane, prawda?

Oczywiście stara się wytrzymać i jakoś funkcjonować, jednak kiedy przekracza ten magiczny wiek czterdziestu lat (bo podobno życie zaczyna się po czterdziestce) coś w nim pęka, coś się buntuje. Karol postanawia zmienić swoje życie i „rozpirzyć ten cały świat w drobny mak”. Szrama bardzo by chciał, ale nie wie od czego zacząć. I tu z pomocą przychodzi mu niejaki Rodrigo Valente – enigmatyczna postać, która kontaktuje się jedynie z Karolem. Być może dlatego, że istnieje jedynie w jego głowie? To próbuje ustalić doktor Zawijs – psychiatra do którego trafia nieszczęsny czterdziestolatek.

„Podpalę wasze serca!” autorstwa Marcina Brzostowskiego to książka nieprzewidywalna, groteskowa i szalona, a jednocześnie tak trafnie obrazująca rzeczywistość, której jesteśmy częścią. Bohater też zdaje się odchodzić od zmysłów, pozwalając szaleństwu całkowicie nim zawładnąć. A może to właśnie jest metoda na przetrwane w dzisiejszym świecie – obłęd?

Z ogromnym zainteresowaniem śledziłam kolejne zapiski głównego bohatera (tu muszę wspomnieć, że narratorem powieści jest Karol, a treść przybiera formę dziennika). Szrama opracuje w korporacji, gdzie podwładni poddawani są nieustannej kontroli i presji. Przy biurku każdego z nich instalowane są zegary kontrolne, by zwierzchnicy mogli śledzić wyrabianie normy. Wszyscy muszą wpasować się w ten „kostium” narzucony przez przedsiębiorstwo. Co tu dużo mówić. Nawet Mietek –zegar kontrolny Karola, z obawy przed usunięciem ze stanowiska pracy musiał „wpasować” się w pokładane w nim oczekiwania.

Pozostańmy chwilę przy Mietku. Mieciu, choć kontroluje Karola jest jego przyjacielem. Rozmawiają (dokładnie tak) ze sobą codziennie, doskonale się rozumieją, gdyż są więźniami  tych samych reguł i wspierają się nawzajem. Nie tylko ten zegar posiada umiejętność mówienia. Jest jeszcze karpio-pies, który, w odróżnieniu od rodziny Szramy, potrafi znaleźć z nim wspólny język. Tego wspólnego języka nie potrafi znaleźć ze swoim pacjentem doktor Zawijs. Zamiast pomóc Karolowi, sprawia, że ten czuje się jeszcze bardziej osaczony, zdezorientowany i niepewny, co do swojej poczytalności. Nieustanna kontrola ze strony rodziny, szefostwa, a w końcu lekarza, sprawia, że bohater utwierdza się w przekonaniu, że musi się ratować i poszukać alternatywnej rzeczywistości. Czytając o Mietku i karpio-psie pokusiłam się o refleksję, że te relacje głównego bohatera z przedmiotami i zwierzętami ukazują, jak  często nie potrafimy okazać empatii innym ludziom. Więcej życzliwości i współczucia dla głównego bohatera mają te stworzenia, aniżeli jego najbliżsi czy współpracownicy.

Historia Karola Szramy jest absurdalna, zaskakująca i zabawna. Napisana – można by rzec – z przymrużeniem oka. Jednak kiedy przyjrzymy się bardzo dokładnie bohaterowi i wydarzeniom, których stał się uczestnikiem, dostrzeżemy odłamki dobrze znanej nam rzeczywistości. Praca 24 godziny na dobę, wieloletni kredyt na mieszkanie, wyścig szczurów, rywalizacja o względy szefa i znikome więzi z rodziną. Brzmi znajomo? Sama wczytując się w tę powieść miałam szereg skojarzeń z bohaterami stworzonymi przez Kafkę czy Orwella, a korporacja, w której pracuje główny bohater stała się dla mnie metaforą totalitarnego państwa.

Jak wspomniałam książka jest groteskowa i szalona, nie każdemu czytelnikowi to się spodoba. Ponadto główny bohater w swojej opowieści bywa wulgarny, co nie każdemu może przypaść do gustu. Pozostając przy języku, muszę stwierdzić, że mnie przekleństwa tutaj nie przeszkadzały, jednak zwróciłam uwagę na inną kwestię, mianowicie taką, że język którego używał Szrama chwilami w ogóle mi do niego nie pasował. Był jakby nie adekwatny do jego wieku czy charakteru, który wyłaniał się z fabuły. Momentami właśnie to mi zgrzytało.
„Podpalę wasze serca!” obrazuje jak łatwo możemy stracić kontrolę nad swoim życiem, czy to przez nasze wybory, czy przez czynniki całkowicie od nas niezależne. Ta książka to także obraz relacji człowieka z człowiekiem, które niestety stają się bardzo wątłe. A wszystko to zamknięte z zwięzłej formie pełnej absurdu i ironii, w towarzystwie sugestywnego języka.
 

 



M. Brzostowski – Podpalę wasze serca!


stron: 142

wyd. e-bookowo 2016


sobota, 11 sierpnia 2018

Wakacyjny konkurs- wyniki

Kochani,
bardzo dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Niebawem kolejna zabawa. Tymczasem pora na ogłoszenie wyników wakacyjnego konkursu.

Wybraną przez siebie książkę otrzymuje:

Marzena Jaroszek

gratuluję i proszę o przesłanie adresu na meila:  martawa.25@gmail.com

czwartek, 9 sierpnia 2018

Piotr Górski "Gorszy"

Rok temu poznałam komisarza Sławomira Kruka. Wtedy, wraz z prokurator Martą Krynicką, prowadził dochodzenie w sprawie dość charakterystycznego zabójstwa, bowiem ofiara została poddana poena cullei czyli karze worka, która stosowana była w starożytnym Rzymie. Czekałam na powrót tego teamu i oto jest, „Gorszy” - drugi tom o bezkompromisowym komisarzu i nieugiętej pani prokurator. Tym razem Kruk musi działać sam, bo Marta Krynicka oskarżona została o zabójstwo i przebywa w areszcie. Kruk nie wierzy w jej winę i postanawia, trochę nieoficjalnie, odnaleźć tego, który ją wrabia.
Autor w drugim tomie zadbał o to, by poboczne wątki, które pozostały otwarte w poprzedniej części, teraz znalazły bardziej lub mniej zaskakujący finał. Zaś jeśli chodzi o trzon powieści czyli spraw Marty Krynickiej, obyło się bez większych niespodzianek.
Tym razem ciężar prowadzonej sprawy spoczywa jedynie na barkach Kruka, który wszelkimi metodami stara się znaleźć coś, co oczyści Martę ze stawianych jej zarzutów. A że dzieje się całkiem sporo komisarz nie ma ani chwili spokoju. Wyraźnie da się odczuć to, że akcja w tym tomie budowana jest z większym rozmachem, niż miało to miejsce w poprzednim tomie. Dużo się dzieje i jest interesująco, jednak niektóre sploty sytuacyjne wydały mi się tak nieprawdopodobne, że ciężko było mi w nie uwierzyć. Mimo to, dałam się wciągnąć w przesłuchiwanie świadków, szukanie tropów i śledzenia bandziorów (w szczególności niejakiego Grzesznika).
Pisząc tekst o „Kruku” wspomniałam, że zarówno w konstrukcji powieści, jak i w stylu Piotra Górskiego da się odczuć, że jest to debiutancka powieść. Tutaj – odnoszę wrażenie jest pewien progres jeśli chodzi o pióro autora. Ponadto dostrzegam dbałość, z jaką pisarz konstruował poszczególne elementy fabuły, jak skrupulatnie tworzył siatkę powiązań sfery politycznej z kryminalną odsłaniając tym samym słabości człowieka zaślepionego chęcią wzbogacenia się czy zyskania władzy.
Muszę przyznać, że jest nieźle, jednak brakowało mi tu pewnych pierwiastków widocznych w pierwszym tomie. O czym mówię? Przede wszystkim o duecie Kruk – Krynicka, który, w moim odczuciu, nadawał pierwszemu tomowi rumieńców. Żałuję, że w drugiej części Kruk został sam na placu boju. Te tytuły różnią się także klimatem. Aura pierwszego tomu dość ciasno mnie otulała, każde miejsce miało swój koloryt, swój akcent. W „Gorszym” ten klimat trudniej jest uchwycić, gdyż nie jest on tak wyrazisty. Mimo tych minusików, które oczywiście wynikają z moich subiektywnych odczuć, cykl o komisarzu Kruku autorstwa Piotra Górskiego potrafi wciągnąć czytelnika. Sama z chęcią sięgnę po kolejny tom.
P. Górski – Gorszy
stron: 416
wyd. Harper Collins 2018

czwartek, 2 sierpnia 2018

Wakacyjny konkurs [aktualizacja]




 Moi drodzy,

cały dzień dzisiaj walczę z blogspotem. Niestety, przez moją nieuwagę zostało usuniętych około 40 komentarzy umieszczonych pod kilkoma postami - te konkursowe również. Próbowałam działać, jednak odzyskanie Waszych konkursowych wypowiedzi okazało się niemożliwe. Bardzo mi przykro, dlatego te osoby, które wzięły udział w zabawie proszone są o zostawienie komentarza. Nie musicie odpowiadać drugi raz na pytanie, już sporo się nad tym napracowaliście. Wystarczy że napiszecie, że braliście już udział w konkursie. Wasze wcześniejsze wypowiedzi udało mi się przeczytać przed ich usunięciem, zatem wybiorę zwycięzcę. Przepraszam za komplikacje i pozdrawiam Was bardzo ciepło.

Wakacje trwają w najlepsze, więc przyszła pora na wakacyjny konkurs ;) Do zdobycia „Testament” Remigiusza Mroza lub „Czarnooka blondynka” Benjamina Blacka. W komentarzu z konkursową odpowiedzią napiszcie, którą z książek chcielibyście wygrać.
A teraz najważniejsze czyli pytanie ;) A brzmi ono:


Opisz wakacje Twoich marzeń


Poniżej kilka zasad.

Książki pochodzą z mojej biblioteczki.

1. Konkurs trwa od 2.08.2018- 9.08.2018 (włącznie)
2. Zwycięzca wyłoniony zostanie w przeciągu trzech dni od zakończenia konkursu. Zwycięży osoba której odpowiedź najbardziej mnie zaskoczy ;)
3. Po ogłoszeniu wyników, osoba wyłoniona proszona jest o kontakt mailowy.
4. Wstawienie banneru konkursowego nie jest wymagane, jednak będzie mi bardzo miło, jeśli zechcecie posłać dalej info o konkursie.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Alistair MacLeod „Utracony dar słonej krwi”

Przez moment byłam na wyspie Cape Breton. Chłonęłam jej każdy oddech, podziwiałam barwy, przekonywałam się jaką moc ma w sobie natura i jak bardzo człowiek jest z nią połączony. Choć już zamknęłam książkę „Utracony dar słonej krwi”, której autorem jest kanadyjski pisarz Alistair MacLeod ja nadal tam jestem, i zanurzona w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku staje się świadkiem, a może i współuczestnikiem zdarzeń, które silnie uderzają w moje emocje.
Może właśnie dlatego, nie wiem, jak sformułować pierwsze zdania tego tekstu o „Utraconym darze słonej krwi” – zbiorze opowiadań, do którego jeszcze nieraz powrócę. Spróbuję, choć te uczucia, które proza autora we mnie wytwarza jeszcze nie do końca się uspokoiły.
Spoglądając na Cape Breton z lat sześćdziesiątych o siedemdziesiątych XX wieku oczami autora, muszę stwierdzić że dla mnie jest to wyspa pełna skrajności. Dla jednych staje się miejscem bez którego nie wyobrażają sobie życia, drugim zaś jawi się jako więzienie. A zapierające dech w piersiach krajobrazy kontrastują z surowością klimatu i ubogim życiem, jakie wiodą mieszkańcy wyspy. Gospodarka Cape Breton opiera się przede wszystkim na eksploatacji węgla kamiennego oraz rybołówstwie. W kopalniach bądź na łodziach pracują całe pokolenia rodzin zamieszkujących te tereny.
Kanadyjski pisarz snuje opowieść o chłopaku u progu dorosłości, który szuka swojego miejsca na ziemi, o rodzeństwie, które będzie musiało pogodzić się ze stratą ukochanego zwierzęcia, o młodym mężczyźnie, który wraca w rodzinne strony by zostać tam na zawsze, o dziesięcioletnim chłopcu, który odwiedza wyspę, by po raz pierwszy spotkać się z babcią i dziadkiem czy o nastolatku, który przez wzgląd na ojca został rybakiem. Te, w gruncie rzeczy proste historie są magnetyczne, a to za sprawą języka, jakim posługuje się Alistair MacLeod. Dla mnie ten język, podobnie jak wyspa - jest pełen skrajności. Z jednej strony niezwykle plastyczny, subtelny i liryczny, z drugiej zaś sugestywny i prosty. Autor słowem maluje obrazy, gdzie widoczny jest każdy detal. Aż chciałby się wyciągnąć rękę i dotknąć łodzi czy poczuć na skórze kropelki wody. Czytałam tę książkę nie tylko ze względu na treść, ale również dla języka. Z niecierpliwością czekałam na dalszy rozwój wydarzeń, po to, by dowiedzieć się jaki los spotkał bohaterów i po to, by dać oczarować się stylem autora i zatopić się w klimat Cape Breton.
Codzienność mieszkańców wyspy naznaczona jest ciężką pracą, smutkiem, żalem i tęsknotą za lepszym życiem. Nie ma w sobie nic z liryzmu. A jednak… MacLeod wydobywa z niej pewną czułość, to „coś”, co sprawia, że te szare opowieści pełne są emocji, które udzielają się czytelnikowi.
Utracony dar słonej krwi” to epizody z życia siedmiu rodzin, które stają się przełomowymi momentami i zmieniają ich świat. To zapis chwil pełnych tęsknoty za czymś nieosiągalnym, zapis chwil kiedy trzeba zdecydować się na konkretną ścieżkę i na nią skierować swoje życie i, w końcu, to ilustracja rodzinnych relacji, które nie zawsze bywają łatwe. Znacie któryś z tych stanów? Mylę, że tak…
 
 
A. MacLeod - Utracony dar słonej krwi
 
stron: 256
wyd. Wiatr od Morza 2017