piątek, 13 kwietnia 2018

Jim Robbins "Zadziwiający świat ptaków"



Czy ptaki są potomkami dinozaurów? Dlaczego skrzydła kolibrów mienią się jak kryształy? Jakie gatunki ptaków są najbardziej „rodzinne”? Czy powiedzenie „ptasi móżdżek” na pewno ma negatywny wydźwięk? Ile mamy wspólnego z tymi skrzydlatymi stworzeniami?
Odpowiedzi na te pytania (i nie tylko) znaleźć możemy w książce Jima Robbinsa zatytułowanej „Zadziwiający świat ptaków”. Autor od 35 lat pisze dla New York Timesa, głównie na temat problemów środowiska naturalnego. A wspomniana książka to efekt jego zainteresowania tymi stworzeniami. Jak sam przyznaje,  intrygujące jest to, w jaki sposób rozumiemy ptaki i jak moglibyśmy wzbogacić naszą wiedzę, żeby lepiej zrozumieć samych siebie i świat wokół nas.*
Sama sięgnęłam po książkę ponieważ ptaki towarzyszą mi od dziecka. I muszę przyznać, że są ważną częścią mojego życia. W moim domu mieszkają m.in. papugi faliste, nierozłączki, aleksandretty obrożne, nimfy, rozelle białolice, amadyny wspaniałe czy bażanty diamentowe.
Jim Robbins zabiera czytelnika w podróż, która przybliży nam te latające stworzenia. Zaczniemy od ery dinozaurów, bo to tam należy wypatrywać ich pierwszych potomków, później kolejne epoki, gdzie poznamy genezę ptasiego lotu i ludzi zafascynowanych tymi stworzeniami (do gronach tychże osób należał m.in. Leonardo da Vinci). Ponadto autor dzieli się z czytelnikami wiedzą zdobytą podczas wielu spotkań z naukowcami, badaczami, których fascynuje świat ptaków. Muszę przyznać, że jest on bardzo dobrym gawędziarzem. Zgrabnie łączy wątki historyczne, naukowe z wiadomościami z pogranicza psychologii, czy nawet filozofii. Nie są to jednak takie „podręcznikowe” informacje. Te tutaj, podane są w bardzo przystępny sposób, dzięki czemu nie nużą. Ponadto ta opowieść pełna jest zabawnych czy  zaskakujących anegdotek.
 „Zadziwiający świat ptaków” Jima Robbinsa wciąga, oczarowuje, zdumiewa i zwraca uwagę na to, jak często nie doceniamy ptaków i nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ważną rolę spełniają w naszym życiu. 


I na koniec, Riko chciałby Wam coś powiedzieć :)




*cytat pochodzi z książki „Zadziwiający świat ptaków”.

J. Robbins – Zadziwiający świat ptaków
Stron: 408
Wyd. Feeria 2018

niedziela, 8 kwietnia 2018

Ernest Cline "Player One"


OASIS to wirtualna rzeczywistość stworzona przez Jamesa Hallidaya, jednego z najlepszych projektantów gier. Każda osoba z łatwością może przenieść się do tego świata, wystarczy mieć wizjer, rękawice i dostęp do Internetu. Z biegiem czasu ta wirtualna egzystencja staje się dla ludzi ważniejsza, niż realne życie. To tutaj pracują, spędzają wolny czas i nawiązują relacje międzyludzkie.
Jest rok 2045, choć od śmierci Halliday’a upłynęło kilka lat, jego testament nadal budzi wielkie emocje. Komputerowy geniusz i miliarder zapisał swój majątek osobie, która jako pierwsza zdobędzie tzw. jajo Halliday’a. Ponadto zwycięzca uzyska także kontrolę nad OASIS. Naturalnie, dotarcie do owego jaja nie będzie proste, a ci którzy podjęli to wyzwanie będą musieli rozszyfrować sporo łamigłówek oscylujących wokół lat 80-tych minionego wieku.  
Jak dotąd, nikomu nie udało się rozwiązać ani jednej zagadki. Zatem kiedy 11 lutego 2045 roku osiemnastoletni Wade Watts rozszyfrował pierwszą z nich-  świat oszalał. Rozpoczyna się wyścig, w którym nie wszyscy grają fair. Tajemnicze Szóstki, biorące udział w rywalizacji, nie cofną się przed niczym, byle tylko przejąć kontrolę na OASIS.
Muszę wspomnieć, że rzadko sięgam po literaturę młodzieżową i w dodatku z gatunku science- fiction. Do wyboru przekonały mnie te lata 80-te, do których nawiązuje książka. Przyznam, że książka pozytywnie mnie zaskoczyła. Oczywiście nie obyło się bez słabszych elementów, ale zacznijmy od plusów.
Ernest Cline stworzył opowieść, która ujęła mnie klimatem. Ta sentymentalna podróż przez popkulturę lat 80-tych bardzo mi się podobała. Muzyka, seriale, filmy, a w końcu technologia tamtych lat uruchomiły we mnie wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. Sama miałam wspomniany w książce Commodore 64 czy Atari. I doskonale pamiętam te stosy kaset, na których znajdowały się gry ;)
Słabszym – w moim odczuciu – elementem książki jest fabuła, w którą wkradła się pewna schematyczność. Mamy tutaj walkę dobrych (bohaterów) z tymi złymi, miłosne perypetie (na szczęście nie są one przesłodzone) i wyprawę po skarb (w tym przypadku jajo). I chociaż autor zadbał o częste zwroty akcji oraz o to, by droga głównego bohatera do wygranej nie była usłana różami- z góry wiemy, jak skończy się ta opowieść. Jednak to wszystko nie jest tutaj czynnikiem najważniejszym. Klimat, stopniowo budowane napięcie i wartka akcja sprawiają, że pomimo tej przewidywalności książkę dobrze się czyta.
Młodzi czytelnicy, do których skierowana jest książka z pewnością znajdą coś dla siebie. W końcu połączenie technologii, gier komputerowych i szalonej wyprawy pełnej tajemnic to połączenie, które przyciągnie niejednego nastolatka i niejedną nastolatkę ;) Także bohaterowie książki: Wade, Aech czy Art3mis szybko zdobędą ich sympatię. W końcu problem z nawiązywaniem relacji z rówieśnikami, pierwsze zauroczenia czy trudności w komunikowaniu się z rodzicami to tematy bliskie wielu osobom będących w wieku dojrzewania.
Sama dobrze się bawiłam śledząc poczynania Wade’a który okazał się komputerowym geekiem. Jednak, to co najbardziej przyciągnęło mnie w tej książce  to wspomniana podróż do lat 80-tych, które darze sentymentem.
Wspomnę jeszcze, że 6 kwietnia do kin weszła ekranizacja książki w reżyserii Stevena Spielberga. Jeśli macie już seans za sobą, podzielcie się wrażeniami ;)


Ernest Cline – Player One
stron: 504
wyd. Feeria 2018

środa, 4 kwietnia 2018

[rozrywka na PC] Chuchel - Amanita Design

Screeny pochodzą ze strony http://amanita-design.net

„Chuchel” to gra przygodowa typu point and click, wydana przez czeskie studio Amanita Design niespełna miesiąc temu. Swego czasu urzekło mnie „Machinarium” tychże twórców, zatem kiedy na Steamie pojawił się „Chuchel”, musiałam sprawdzić, co tym razem studio przygotowało dla graczy.
Kim jest Chuchel?
Chuchel to mała czarna, włochata kulka. Ma małe oczka, duże usta, cieniutkie ręce i nogi jak patyki. Istotną częścią jego garderoby jest pomarańczowa czapeczka, z którą się nie rozstaje. Ogólnie mówiąc, Chuchel wygląda, jakby namalowało go dziecko.
Największą miłością i jedynym sensem życia wspomnianej kulki jest… wisienka! Tak, tak. Śliczna, czerwona wisienka skrywająca w sobie pestkę ;) Jednak- jak to w życiu bywa- realizacja marzeń nie zawsze idzie, jak po maśle, zatem Chuchel będzie musiał stawić czoła wielu wyzwaniom, zanim zdobędzie upragniony owoc. A muszę dodać, że nie tylko on poluje na wisienkę. Kekel- mały stworek, podąża w ślad za nim, by sprzątnąć mu ją sprzed nosa.
Wiecie z kim kojarzy mi się główny bohater? Z Wiewiórem (tym z „Epoki Lodowcowej”), którego pragnieniem było dorwać żołędzia :) To sama pasja, ta sama desperacja i ten sam pech :D
Zostawmy na chwilę kluczową postać gry i przyjrzyjmy się wizualnej warstwie. Minimalistyczne i oszczędne tła przełamane są tutaj soczystymi barwami postaci. Liczne stworki i potworki przywodzą mi na myśl ilustracje dziecięcych bajek. Jest kolorowo, śmiesznie i dziwacznie.
Główne zadanie gracza czyli o co chodzi z tą wisienką
Cel jest prosty jak budowa cepa- musimy pomóc włochatej kulce dorwać wisienkę. Rozgrywa złożona jest ze scenek. Każda z nich jest odrębną historią, w której czekają na nas łamigłówki. Nie są one szczególnie wymagające. Sama życzyłabym sobie, aby nieco bardziej wymęczyły moje szare komórki ;) Wracając do wspomnianych scenek, nie tworzą one zwartej opowieści. Jedynym łączącym je elementem jest znany nam owoc ;)
Ta gra jest zakręcona, surrealistyczna i zdrowo stuknięta ( w pozytywnym sensie;)). Brak logiki zdaje się być tutaj.... jak najbardziej na miejscu.
Jest zabawnie, dowcipnie i komediowo, a cały ten kolorowy bajzel dopełniony jest muzyką skomponowaną przez czeski zespół DVA. Także, jak widać nie tylko oko się nacieszy;) Ponadto bardzo podoba mi się nawiązanie do klasycznych gier (Pac-man, Tetris). Drobne zastrzeżenia mam do zagadek, o których już pisałam. Chciałabym, aby były bardziej wymagające.
Mimo tej drobnej uwagi muszę stwierdzić, że „Chuchel” to nietypowe i zaskakujące  doświadczenie. I dodam, że twórcy muszą być nieźle zakręceni (pozytywnie) tworząc tego typu grę ;)










poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Mick Finlay "Detektyw Arrowood"


Londyn, 1895 rok. Na Baker Street urzęduje jeden z najsławniejszych i najdroższych detektywów- Sherlock Holmes. Śledczy, wraz ze swoim kompanem, dr Watsonem, w tropieniu przestępców nie mają sobie równych. A co za tym idzie również w ilości otrzymywanych zleceń nikt nie jest w stanie z nim konkurować. Niestety, na wynajęcie Holmesa stać jedynie dobrze sytuowanych obywateli. Ci mniej zamożni zwracają się do niejakiego Williama Arrowood’a, którego gabinet mieści się w południowej części Londynu.
William Arrowood to mężczyzna w średnim wieku, były dziennikarz, amator laudanum i samozwańczy psycholog. Po utarcie pracy jednej z londyński gazet postawił na detektywistyczną działalność. Detektyw nie pracuje sam, zawsze może liczyć na swojego asystenta, Normana Barnett’a, który bardzo krótko cieszył się swoją prawniczą karierą.
Co łączy Arrowood’a z Holmesem? Nie licząc profesji, oczywiście ;) Rywalizacja. Tak, tak. Sherlock oczywiście z nikim się nie ściga, bo nie ma sobie równych. W przeciwieństwie do Williama, który na wieść o kolejnym sukcesie swojego „wroga” dostaje białej gorączki. Za nic w świecie nie da po sobie poznać, że osławiony detektyw mu imponuje. Co rusz wytyka mu błędy, nazywając go detektywem dedukcji, a samego siebie detektywem emocji. Nie omieszka także nawiązać do słynnych spraw Sherlocka, znanych m.in. ze „Studium w szkarłacie”.
Arrowood i Barnett cienko przędą, zatem kiedy w ich biurze zjawia się panna Caroline Cousture, bez zastanowienia zgadzają się jej pomóc. Klientka prosi ich o odnalezienie brata – Thierry’ego. Mężczyzna zniknął z dnia na dzień, nie zostawiając siostrze żadnej wiadomości. Kobieta, w obawie że ten wplątał się w jakieś podejrzane interesy, postanowiła zwrócić się do profesjonalistów. Entuzjazm, który towarzyszył detektywom ulatnia się, kiedy dowiadują się, że zaginiony pracował w Barrel of Beef, restauracji, której właścicielem jest Stanley Cream. Prowadząc poprzednią sprawę zaleźli Creamowi za skórę (delikatnie mówiąc) i teraz wolą trzymać się od niego z daleka. Niestety, obiecali pomoc, a obietnica droższa od pieniędzy, zatem śledztwo rusza z kopyta. Nie chcę tutaj zdradzać zbyt wiele, zatem napiszę jedynie, że zniknięcie Thierrego to jedynie wierzchołek góry lodowej. A ta przysłowiowa „góra” to nie tylko nielegalne interesy, handel bronią czy korupcja czy walki Fenian o wolną Irlandię.
Sama bardzo lubię postać stworzoną przez Arthura Conana Doyle i właśnie przez wgląd na tego bohatera sięgnęłam po książkę Micka Finlay’a. Zaintrygował mnie Arrowood, który, nie czarujmy się, jest bardzo krytyczny wobec Sherlocka.
Autor- Mick Finlay nawiązuje do twórczości Doyle’a również poprzez narrację. W opowieściach o Sherlocku Holmesie narratorem jest dr Watson, tutaj jest nim Barnett. To właśnie z jego perspektywy przyglądamy się poczynaniom Arrowood’a. Barnett stara się rzetelnie i (na ile to możliwe) obiektywnie oceniać swojego pracodawcę. Nie idealizuje go, otwarcie wspominając o jego słabościach, czy błędach, które popełniał.
Językowa warstwa książki dopasowana jest nie tylko, do ówczesnej epoki, ale również do narratora. Barnett wywodził się z klasy średniej i odciska to swój ślad na jego dialekcie, ale również na zachowaniu. Przyznam, że taka stylistyka czyni tę opowieść bardziej wiarygodną.
Spodziewałam się szybszej akcji, niemniej barwni bohaterowie, klimat powieści i dość dobrze skonstruowana intryga wynagradzają jej brak. Właśnie klimat jest czynnikiem, który w dużej mierze tworzy tę powieść, sprawiając, że zaintrygowana spacerowałam uliczkami XIX wiecznego Londynu szukając tropów i wskazówek. Ponadto, ta dwójka detektywów zaintrygowała mnie, zatem chciałam poznać ich przeszłość.
„Detektyw Arrowood”to lekki kryminał, osadzony XIX- wiecznym Londynie, gdzie ta ciemniejsza strona miasta, daje się mieszkańcom coraz bardziej we znaki, a Sherlock Holmes i William Arrowood mają ręce pełne roboty.



M. Finlay -  Detektyw Arrowood

Stron: 336
Wyd.  Harper Collins 2018