poniedziałek, 30 lipca 2018

Alistair MacLeod „Utracony dar słonej krwi”

Przez moment byłam na wyspie Cape Breton. Chłonęłam jej każdy oddech, podziwiałam barwy, przekonywałam się jaką moc ma w sobie natura i jak bardzo człowiek jest z nią połączony. Choć już zamknęłam książkę „Utracony dar słonej krwi”, której autorem jest kanadyjski pisarz Alistair MacLeod ja nadal tam jestem, i zanurzona w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku staje się świadkiem, a może i współuczestnikiem zdarzeń, które silnie uderzają w moje emocje.
Może właśnie dlatego, nie wiem, jak sformułować pierwsze zdania tego tekstu o „Utraconym darze słonej krwi” – zbiorze opowiadań, do którego jeszcze nieraz powrócę. Spróbuję, choć te uczucia, które proza autora we mnie wytwarza jeszcze nie do końca się uspokoiły.
Spoglądając na Cape Breton z lat sześćdziesiątych o siedemdziesiątych XX wieku oczami autora, muszę stwierdzić że dla mnie jest to wyspa pełna skrajności. Dla jednych staje się miejscem bez którego nie wyobrażają sobie życia, drugim zaś jawi się jako więzienie. A zapierające dech w piersiach krajobrazy kontrastują z surowością klimatu i ubogim życiem, jakie wiodą mieszkańcy wyspy. Gospodarka Cape Breton opiera się przede wszystkim na eksploatacji węgla kamiennego oraz rybołówstwie. W kopalniach bądź na łodziach pracują całe pokolenia rodzin zamieszkujących te tereny.
Kanadyjski pisarz snuje opowieść o chłopaku u progu dorosłości, który szuka swojego miejsca na ziemi, o rodzeństwie, które będzie musiało pogodzić się ze stratą ukochanego zwierzęcia, o młodym mężczyźnie, który wraca w rodzinne strony by zostać tam na zawsze, o dziesięcioletnim chłopcu, który odwiedza wyspę, by po raz pierwszy spotkać się z babcią i dziadkiem czy o nastolatku, który przez wzgląd na ojca został rybakiem. Te, w gruncie rzeczy proste historie są magnetyczne, a to za sprawą języka, jakim posługuje się Alistair MacLeod. Dla mnie ten język, podobnie jak wyspa - jest pełen skrajności. Z jednej strony niezwykle plastyczny, subtelny i liryczny, z drugiej zaś sugestywny i prosty. Autor słowem maluje obrazy, gdzie widoczny jest każdy detal. Aż chciałby się wyciągnąć rękę i dotknąć łodzi czy poczuć na skórze kropelki wody. Czytałam tę książkę nie tylko ze względu na treść, ale również dla języka. Z niecierpliwością czekałam na dalszy rozwój wydarzeń, po to, by dowiedzieć się jaki los spotkał bohaterów i po to, by dać oczarować się stylem autora i zatopić się w klimat Cape Breton.
Codzienność mieszkańców wyspy naznaczona jest ciężką pracą, smutkiem, żalem i tęsknotą za lepszym życiem. Nie ma w sobie nic z liryzmu. A jednak… MacLeod wydobywa z niej pewną czułość, to „coś”, co sprawia, że te szare opowieści pełne są emocji, które udzielają się czytelnikowi.
„Utracony dar słonej krwi” to epizody z życia siedmiu rodzin, które stają się przełomowymi momentami i zmieniają ich świat. To zapis chwil pełnych tęsknoty za czymś nieosiągalnym, zapis chwil kiedy trzeba zdecydować się na konkretną ścieżkę i na nią skierować swoje życie i, w końcu, to ilustracja rodzinnych relacji, które nie zawsze bywają łatwe. Znacie któryś z tych stanów? Mylę, że tak…
 
 
A. MacLeod - Utracony dar słonej krwi
 
stron: 256
wyd. Wiatr od Morza 2017

wtorek, 24 lipca 2018

Katherine Arden "Niedźwiedź i słowik"




 Usiądźcie wygodnie w fotelach, zamknijcie oczy i posłuchajcie. Dziś chcę Wam opowiedzieć dziewczynie, która ma oczy króla mórz i włosy mieniące się czerwonym blaskiem. Jest nieokiełznana i dzika niczym leśne zwierzę. Skrywa w sobie nie tylko wielką odwagę i upór, ale także magię, która wkrótce będzie jej niezwykle potrzebna. Ta dziewczyna to Wasilisa Pietrowna bohaterka powieści „Niedźwiedź i słowik” autorstwa Katherine Arden.

Zacznijmy od początku.

Przenieśmy się w głąb średniowiecznej Rusi, gdzie zima jest najdłuższą porą roku. Tam możemy zajrzeć w okna chaty, w której mieszka Piotr Władimirowicz, jego dzieci i druga żona – Anna. To tam Wasia od najmłodszych lat z fascynacją przysłuchuje się bajkom snutym przez Dunię, jej opiekunkę. To właśnie w tej chacie oraz w lesie, którym jest otoczona, dziewczynka spotyka magiczne postaci strzegące jej domu, lasu, koni mieszkańców wioski. Ludzie, choć oddani prawosławnej wierze, nie wyrzekają się pogańskich podań.

Wkrótce na tereny Leśnej Ziemi przybywa pop Konstanty, który za wszelką cenę pragnie nawrócić tych, którzy w legendach i baśniach szukają ziarnka prawdy. Zdeterminowany pop ucieka się do zastraszania, a nawet grożenia, byle tylko osiągnąć to, co zamierza. Stopniowo udaje mu się osiągnąć cel. Pełni obaw mieszkańcy stopniowo zapominają o duchach ich strzegących. Dla wielu te mitologiczne stworzenia stają się jedynie wymysłem, bo skoro nikt nie potrafi ich dostrzec- nie istnieją. Jednak ktoś widzi. Wasia i Anna. Ta pierwsza pragnie pozbyć się istot, które doprowadzają ją do obłędu, ta druga pragnie je uratować i prosić o pomoc w walce ze złem, które przyczajone gdzieś w lesie zdaje się być coraz bliżej.

Uwielbiam bajki, mity i baśnie. Zatem cieszę się, że autorka czerpie garściami z rosyjskich legend i podań. Już samo imię głównej bohaterki przywodzi mi na myśl jej imienniczkę z rosyjskich opowieści o dziewczynce i Babie Jadze. Katherine Arden przywołuje postaci z ludowych wierzeń. Morozko, Domowik czy Rusałka to tylko niektóre postaci z mitologii słowiańskiej, które tutaj spotkamy.

W takich opowieściach zazwyczaj urzeka mnie klimat. Tak było i tym razem. Ta aura pewnej tajemnicy, czegoś nieznanego, czegoś co fascynuje, ale i niepokoi nieustannie mi towarzyszyła. Zanurzyłam się w tej historii, tej krainie, położonej gdzieś na dalekiej Rusi i wydarzeniom, które miały tam miejsce. Porwał mnie również język autorki. Plastyczny, obrazowy, sugestywny. Katherine Arden słowami maluje baśniowe pejzaże, ilustruje emocje sprawiając, że nie sposób „oderwać oczu” od stworzonego przez nią świata.

Postaci także pełne są barw. Mnie w szczególności urzekła wspomniana już wcześniej Wasia, dziewczyna która nie daje się schwytać w społeczne kajdany. W XIV- wiecznej Rosji rola kobiety sprowadzała się głownie do zajmowania się domem i potomstwem. Wasia nie chciała ani wyjść za mąż, ani wstąpić do klasztoru (do czego ją zmuszano). Znikała w lesie na całe dni, rozmawiała z duszkami, przez co ludzie uznawali ją za szaloną, jeździła konno i była głucha na wszelkie prośby czy groźby.

„Niedźwiedź i słowik” to poruszająca baśń, gdzie pośród fikcji literackiej wybrzmiewają słowiańskie mity, gdzie trwa odwieczna walka dobra ze złem, a ludzie wierzą i w Boga i w stworzenia z legend. Polecam.


Katherine Arden - Niedźwiedź i słowik (tom I)               

stron: 446

wyd. Muza 2018

środa, 18 lipca 2018

Piotr Stelmach "Lżejszy od fotografii – o Grzegorzu Ciechowskim"


Gramofon. Igła sunąca po płycie. Charakterystyczna muzyka i jego głos. Głos Grzegorza Ciechowskiego, śpiewającego o czymś czego wówczas, jako kilkuletnia dziewczynka, nie rozumiałam. To początki mojej znajomości z twórczością lidera zespołu Republika. Te dźwięki były ze mną odkąd pamiętam. Początkowo gdzieś w tle, za sprawą płyt których słuchali rodzice. Teraz to moje płyty i moja muzyka, dlatego książki „Lżejszy od fotografii – o Grzegorzu Ciechowskim” autorstwa dziennikarza radiowej Trójki, Piotra Stelmacha wyczekiwałam z niecierpliwością.

Ta publikacja jest biografią nietypową, bo formowana z ulotnej materii, jaką są wspomnienia. Obrazami zatrzymanymi w pamięci dzielą się najbliżsi Grzegorza, jego współpracownicy oraz muzycy, którzy spotkali go na swej artystycznej ścieżce. O artyście opowiadają m.in. Lech Janerka, Robert Brylewski, Zbigniew Hołdys, Kayah, Justyna Steczkowska, Kasia Kowalska i Kora.

najpierw pstrąg
a za pstrągiem karp
potem ja *

Zaskakujące jest to, że autor zbiera te portrety Grzegorza Ciechowskiego i tworzy z nich całość, zaczynając od dnia, w którym zmarł muzyk, następnie spoglądamy wstecz, by przyjrzeć się rozwojowi jego działalności artystycznej. Zajrzymy także za kotarę życia prywatnego, za którą wrócimy do jego młodzieńczych lat i dzieciństwa. Z wypowiedzi ponad sześćdziesięciu osób zawartych w książce wyłania się nie tylko postać Obywatela G.C, ale także klimat minionych lat: 80-tych i 90-tych.

Tak, tak… to ja**

Cieszę się, że ta książka nie jest wyłącznie laurką na cześć artysty. Naturalnie, te wspomnienia są drobnym elementem oddającym osobowość Grzegorza Ciechowskiego, ale wielowymiarowym. Ta biografia to opowieść o człowieku z krwi i kości, który pełen był sprzeczności. Z jednej strony wrażliwy twórca i kochający ojciec, osoba z ogromnym poczuciem humoru i wielkim sercem. Z drugiej zaś strony – choleryk i stanowczy mężczyzna, który umie postawić na swoim. Wracając na płaszczyznę artystyczną, muszę dodać, że lider Republiki był wszechstronnym artystą, którego działalność nie ograniczała się wyłącznie do zespołu Republika. Ciechowski tworzył także solowe projekty (Obywatel G.C., Grzegorz z Ciechowa), był producentem muzycznym, komponował i pisał teksty.

Jestem lżejszy od fotografii
Z których będziesz mnie teraz wycinać ***
Piotr Stelmach nadał wspomnieniom intrygującą formę – łącząc wypowiedzi kolejnych osób. Jedna osoba zaczyna opowieść, a kolejna ja kończy, bądź snuje kolejną - analogiczną do poprzedniej. Niedużo  tutaj słów autora, a słowa te są najczęściej powrotem do chwil kiedy dziennikarz dopiero co poznawał twórczość Republiki i jej charyzmatycznego lidera. Podoba mi się ta dyskretność, to usunięcie się w cień i oddanie głosu innym.

do kogo słowa te
do kogo kogo kogo kogo ****
Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona tą biografią. Jej formą, jej treścią, a przede wszystkim tym, jakie emocje potrafiła we mnie wywołać. Nie ukrywam, że momentami bywało ciężko, szczególnie wtedy, kiedy wczytywałam się w słowa najbliższych: matki, żony, córki czy sióstr. Bywało też zabawnie i nieprzewidywalnie. Poza treścią, którą po prostu chłonęłam, emocje wzbudzają również zdjęcia, które – odnoszę wrażenie- wzmacniają siłę tych wspomnień.

Polecam, nie tylko tym, dla których twórczość Grzegorza Ciechowskiego jest ważna, ale tym którzy chcą poznać człowieka z magnetyczną osobowością, który dla wielu stał się ikoną polskiej muzyki rockowej.

* Republika "Śmierć na pięć" -  tekst Grzegorza Ciechowskiego
**  Obywatel G.C "Tak, tak... to ja" -   tekst Grzegorza Ciechowskiego
*** Republika"Odchodząc" -   tekst Grzegorza Ciechowskiego
****  Republika "Lawa" - tekst Grzegorza Ciechowskiego
 



P. Stelmach – Lżejszy od fotografii – o Grzegorzu Ciechowskim

stron: 646

wyd. Wydawnictwo Literackie 2018

wtorek, 10 lipca 2018

Remigiusz Mróz "Hashtag"


Tesa jest młodą kobietą ważącą ponad sto kilogramów. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że nadwaga ma znaczący wpływ na jej życie. Teresa nie lubi wychodzić z domu, a „na zewnątrz” czuję się jak zaszczute zwierzę. Nie znosi gapiów i niewybrednych komentarzy na swój temat. Te prozaiczne sytuacje, z którymi wszyscy stykamy się na co dzień stanowią dla niej serię przykrych doświadczeń, jednak - od czasu do czasu -  zmuszona jest wyjść i stawić im czoła. Jest jeszcze coś. Tesa ma problem z komunikacją. Paraliżuje ją świadomość, że musiałaby podejść do drugiej osoby i zacząć rozmowę, dlatego całe dnie spędza w mieszkaniu czekając na męża. Wkrótce kobieta otrzyma wiadomość, która zmusi ją do opuszczenia swojej bezpiecznej przystani. Wkrótce jeden SMS zmieni wszystko.  

 „Twoja przesyłka już na ciebie czeka!

Ta informacja ją zaskoczyła, ponieważ nie zamawiała żadnej paczki. Mimo wielu obaw, postanowiła odebrać przesyłkę. W pudełku znajduje ametystową czaszkę i kartkę z napisem #apsyda. Wkrótce w social mediach  pojawiają się komunikaty z tym hashtagiem. Tesa odkrywa, że wpisy pochodzą z kont osób, które kilka lat temu za ginęły. Bohaterka – chcąc nie chcąc – staje się częścią pewnego planu, dzięki któremu „wszystko tak naprawdę się zacznie.”
Lubię powieści, w których odnajduję wiele ścieżek i pozwalam się przez nie prowadzić, wierząc, że bieżące wydarzenia rzucą nowe światło na historię, której staje się częścią. Wiele tych ścieżek prowadzi w ślepe zaułki, a kiedy zdaję się być o krok od potwierdzenia moich domysłów – jeden moment sprawia, że zaczynam się gubić. Zamykam książkę i… zdezorientowana szukam odpowiedzi na pytania, z którym autor mnie zostawił. Miałam nadzieję, że „Hashtag”- thriller psychologiczny  autorstwa Remigiusza Mroza właśnie tak na mnie podziała.

Nadmienię, że nie znam dobrze twórczości autora. Jak dotąd w ręce wpadł mi „Testament” – siódmy tom serii o Chyłce i Kordianie, który wzbudził we mnie skrajne emocje. Sięgnęłam po „Hashtag”- kolejną powieść autora wierząc, że pozwoli mi ona na dokładniejsze sprecyzowanie moich wrażeń i uczuć względem jego prozy. Czy mi się udało? Nie do końca. „Hashtag” również uaktywnia we mnie mieszane uczucia.
Odnoszę wrażenie, że ta opowieść w pewnym momencie zaczęła mi się wymykać. Nie potrafiłam w nią wsiąknąć. Co ciekawe, bieg wydarzeń nakreślany jest z dwóch perspektyw, bowiem relacja Tesy przetykana jest fragmentami, gdzie do głosu dochodzi narrator trzecioosobowy. Wydawać by się mogło, że te dwa spojrzenia pozwolą mi wdrożyć się w historię. Mimo wszystko chciałam uważnie przyjrzeć się bohaterom, zrozumieć ich motywacje, określić kto jest sprawcą całego zamieszania, a przede wszystkim zakorzenić się w tej historii. Niestety, nie udało mi się to. Mimo to tworzyłam teorie, snułam domysły, by przekonać się czy dam się zwieść autorowi. Przyznam, że momentami błądziłam i… dobrze;) Jednak finał powieści nie był dla mnie dużym zaskoczeniem (ehhh, te moje podejrzenia).
W fabule można odnaleźć odzwierciedlenie tego, z czym stykamy i z czym mierzymy się na co dzień. Myślę, przede wszystkim o social mediach i wzajemnej komunikacji, która ubożeje i coraz częściej ogranicza się do tej wirtualnej. Ponadto odnoszę wrażenie, że autor chciał pokazać jak, za pomocą mediów społecznościowych można manipulować człowiekiem. I w końcu, jak krucha bywa ludzka psychika. Ta niełatwa tematyka podana jest tutaj bardzo lekko. Dla mnie – zbyt lekko. Ponadto, w moim odczuciu, brak tutaj klimatu. Jakiejś aury, która by mnie otoczyła, wywołując dreszcze. Żałuję, bo kwestiom tutaj nakreślonym, powinniśmy się przyjrzeć, jednak nie do końca przekonał mnie styl autora. Wygląda na to, że twórczość pana Remigiusza Mroza nie jest dla mnie.



R. Mróz - Hashtag

Stron: 424

Wyd. Czwarta Strona

Premiera: 18.07.2018

wtorek, 3 lipca 2018

Piotr Bojarski "Pokuszenie"



„To miały być spokojne, leniwe wakacje. Czas odpoczynku od myśli o pracy, rozkrzyczanych uczniach, ocenach, całym tym szkolnym kieracie (…) To miały być niespieszne, niezmącone żadną troską chwile, w których jedyny dylemat miał brzmieć: czy wybrać się nad jezioro, czy do kina.” *


Miało być spokojnie, leniwie i beztrosko, jednak los lubi zaskakiwać, oj lubi. Zwłaszcza wtedy, kiedy w ogóle się tego nie spodziewamy. Tak było w przypadku Bogdana Popiołka, nauczyciela historii, który odwiedził Wschowę – rodzinne miasto swojego przyjaciela, Marka. Wbrew ich oczekiwaniom, Fraustadt nie okaże się oazą spokoju, a miejscem zbrodni. Wkrótce Marek i Bogdan przestają być jedynie obserwatorami, stając się współuczestnikami bieżących wydarzeń. Co więcej, nauczyciel historii odkrywa w sobie żyłkę detektywa i na własną rękę usiłuje rozwiązać zagadkę. „Pokuszenie” to druga powieść autorstwa Piotra Bojarskiego traktująca o Bogdanie Popiołku, czterdziestokilkuletnim nauczycielu, który – można by rzec – na skutek niesprzyjających okoliczności zostaje śledczym.

Sama po raz pierwszy mam okazję zetknąć się zarówno z tym bohaterem, jak i z twórczością Piotra Bojarskiego. I muszę przyznać, że to spotkanie wywołało u mnie mieszane uczucia. Niestety nie jest tak dobrze, jakbym chciała, ale jednocześnie znalazłam coś, co stało się pozytywnym pierwiastkiem całej opowieści.

Zacznijmy od narratora i kluczowego bohatera powieści, Bogdana Popiołka. Jak już wspomniałam, Popiołek jest mężczyzną po czterdziestce, pracującym w poznańskim gimnazjum jako nauczyciel historii. Wiedzie kawalerskie życie, z którego – odnoszę wrażenie- chciałby już zrezygnować, jednak kobieta, którą jest zauroczony właśnie dała mu kosza.  Boguś jest po prostu zwyczajnym facetem, który niczym szczególnym się nie wyróżnia. Myślę, że mogłabym go polubić, dlatego żałuję, że poprzez tę opowieść nie mogłam bliżej go poznać. Jest jedno „ale”- w ogóle nie przekonuje mnie jako detektyw- amator. Na kartach powieści, niejednokrotnie spotykałam bohaterów, którzy prowadzili śledztwo na własną rękę, jednak Popiołek do tej roli – w moim odczuciu- nie pasuje. Wspominałam o dobrej stronie powieści i teraz- dla równowagi- właśnie o niej. Dla mnie plusem jest tutaj rys historyczny miasteczka. Autor, który z wykształcenia jest historykiem zaintrygował mnie dziejami tego miejsca. Co więcej, skonstruował intrygę, której podłożem staje się bitwa z 1706 roku. W bitwie pod Wschową armia szwedzka pokonała wojska saskie. I – jak pisze Oskar Sjöstrom,  doktor nauk historycznych na uniwersytecie w Sztokholmie, ta bitwa to „bez wątpienia jeden z najbardziej niezwykłych wyczynów w historii szwedzkich wojen”. Dodam, że autor zaintrygował mnie bitwą stoczoną ponad trzysta lat temu na tych ziemiach i skłonił do poszukiwań kolejnych informacji na ten temat.

Wracając do śledztwa, muszę przyznać, że dość szybko dopasowałam elementy tej łamigłówki i eliminowałam kolejnych podejrzanych. Zatem na tym polu, na żadne większe niespodzianki się nie natknęłam.

Powieść – stwierdzam z żalem – rozczarowała mnie przede wszystkim przewidywalnością. Ponadto główny bohater nie był dla mnie wiarygodny w swoim detektywistycznym wcieleniu. Błędy składniowe i literówki także niekorzystnie wpłynęły na moje wrażenia.


*”Pokuszenie” Piotr Bojarski, wyd. Czwarta Strona 2018, str. 9


P. Bojarski – Pokuszenie

stron: 392

Wyd. Czwarta Strona

Premiera: 4 lipca 2018

czwartek, 28 czerwca 2018

Pierre J. Mejlak "Co pozwala powiedzieć noc"



Bywają w życiu momenty, które okazują się dla nas przełomowe; które wywracają nasze życie do góry nogami i skłaniają do zweryfikowania dotychczasowych priorytetów. Pomyślmy, jakie wydarzenia mogą być tymi kluczowymi? Ślub? Wymarzona praca? Narodziny dziecka? Przeprowadzka? Na pewno każdy z was mógłby wymienić sporo sytuacji, które w mniejszym lub większym stopniu ukształtowały waszą codzienność. Pomyślicie, że takim decydującym momentom  towarzyszą fajerwerki; że ta przełomowa chwila będzie, jak grom z jasnego nieba, że podskórnie czuć jej nadejście. Nic bardziej mylnego. Tym granicznym momentem naszego życia może okazać się drobiazg: ot, wrona w kominie, wypalona zapałka czy upuszczona kostka Rubika. Brzmi groteskowo, prawda? A jednak! Pierre J. Mejlak autor zbioru opowiadań „Co pozwala powiedzieć noc”, pokazuje, jak błahe sytuacje mogą zmienić czyjeś życie o sto osiemdziesiąt stopni.
Urodzony na Malcie Pierre J. Mejlak pracował jako korespondent BBC oraz producent programów radiowych. Jest autorem powieści dla dzieci i dorosłych. Za zbiór opowiadań „Co pozwala powiedzieć noc” otrzymał Literacką Nagrodę Unii Europejskiej. Dla mnie to początek znajomości z literaturą maltańską. Często pierwsze spotkanie bywa kluczowe i kształtuje dalszą ścieżkę nowej relacji, bądź ją kończy. W moim przypadku przeciera szlak nowej – mam nadzieję – intrygującej, literackiej przyjaźni.
 
Opowiadania uważam za bardzo wymagającą formę, gdyż niewielka objętość wymusza na autorze pewną kondesację tego, co pragnie przekazać czytelnikowi. Muszę przyznać, że ten zbiór opowiadań wzbudził we mnie sporo emocji i skłonił do pewnych refleksji, choć odnajduję tutaj opowieści, które nie przemawiają do mnie z taką siłą, jaką bym chciała. Takie słabsze ogniowa odnajduję niemal w każdej antologii, po którą sięgam, dlatego skoncentruję się na całokształcie.
 
Autor w niemal każdym opowiadaniu mnie zaskakuje. A to fabułą, zachowaniem bohaterów, czy celną puentą. O czym opowiada Pierre J. Mejlak? O kobiecie cieszącej się ze śmierci męża; o wronie, która przyczyniła się do rozstania pewnej pary; o przyjaźni chłopca i wypalonych zapałek i o mężczyźnie spacerującym z deską do prasowania. Każda z tych historii zdaje się być oderwana od rzeczywistości, jednak wbrew pozorom traktują o bliskich nam kwestiach. Jest słowo o przemijaniu, samotności, związkach, które bywają destrukcyjne i ludziach, którzy manipulują innymi. Pierre J. Mejlak barwi swoje teksty groteską i komizmem, dzięki czemu nabierają lżejszej formy i uwypuklają to, co w nich najistotniejsze.
 
Każda z tych historii zdaje się być oderwana od rzeczywistości, jednak wbrew pozorom traktują o bliskich nam kwestiach. Jest słowo o przemijaniu, samotności, związkach, które bywają destrukcyjne i ludziach, którzy manipulują innymi. Pierre J. Mejlak barwi swoje teksty groteską i komizmem, dzięki czemu nabierają lżejszej formy i uwypuklają to, co w nich najistotniejsze.
 
Jestem pod wrażeniem wnikliwości z jaką Pierre J. Mejlak przygląda się otaczającej nas rzeczywistości. Okazuje się być wrażliwy na najmniejszy nawet detal budujący naszą codzienność i umiejętnie formułuje wnioski, które często uwydatniają wątłą naturę człowieka.
 
„Co pozwala powiedzieć noc” jest jak lustro, w którym autor pozwala nam się przejrzeć i dostrzec to, co do tej pory było dla nas nieuchwytne.
 
Pierre J. Mejlak – Co pozwala powiedzieć noc
stron: 200
wyd. Książkowe Klimaty 2018

piątek, 22 czerwca 2018

Ryszard Ćwirlej "Tylko umarli wiedzą"

Lipiec 1932 roku. Mieszkańcy Schneidemühl (dzisiejszej Piły) z niecierpliwością oczekują wizyty Adolfa Hitlera, który szukał politycznego poparcia przed zbliżającymi się wyborami do Reichstagu. Tymczasem w mieście dochodzi do kilku zabójstw. Jedną z ofiar jest znany działacz komunistyczny, Max Wargatsch. Sprawą ma zająć się kapitan Carl Aschmutat. Dochodzenie wymaga czasu, a Aschmutat go niema, gdyż do przyjazdu Führera zostało zaledwie kilka dni. W związku z tym prosi o pomoc swojego przyjaciela, Antoniego Fishera. Ten bez wahania opuszcza Poznań i przyjeżdża do Schneidemühl, gdzie - oprócz schwytania zabójcy - ma do wykonania misję, której powodzenie zaważyć może na losach Rzeczypospolitej.
„Tylko umarli wiedzą” to druga część serii o komisarzu Antonim Fischerze. Za tę powieść autor – Ryszard Ćwirlej otrzymał niedawno nagrodę Wielkiego Kalibru. Nagrodzony kryminał jest początkiem mojej znajomości z twórczością laureata.
Bardzo lubię kryminały retro, które pozwalają czytelnikowi poczuć wyjątkowy klimat minionych czasów. „Tylko umarli wiedzą” przenoszą nas w lata trzydzieste ubiegłego wieku. Był to bardzo trudny czas dla wielu państw, które zmagały się z kryzysem ekonomicznym i gospodarczym. Wzrost bezrobocia, spadek dochodów oraz pogorszenie się jakości życia ludności, sprawiły, że do głosu dochodzili politycy o bardzo radykalnych poglądach. Tak było w Niemczech, gdzie coraz bardziej rozgoryczeni mieszkańcy w Adolfie Hitlerze widzieli jedyną szansę na zmianę ich życia. W powieści niejednokrotnie się o tym przekonamy.  Dla wielu osób żyjących w Schneidemühl Führer jawi się jako wybawiciel, który sprawi, że Niemcy podniosą się z kryzysu. Wszystko to było efektem działań propagandowych, które zresztą autor nakreślił w powieści. Ponadto dobrze uchwycone są nastroje panujące wśród mieszkańców Piły i Poznania, przeciwników Hitlera i jego zwolenników. To dodatkowo kształtuje klimat tamtych lat i pozwala czytelnikowi poczuć panującą wówczas atmosferę. Na aurę powieści wpływa także sugestywny obraz miasta, w którym rozgrywa się akcja. Uliczki, budynki i charakterystyczne dla Piły miejsca stały się bliższe i łatwiejsze do odzwierciedlenia w mojej wyobraźni.
Spójrzmy teraz na intrygę, w końcu to powieść kryminalna. Są denaci i kilku podejrzanych, jest śledztwo i tropy, które czasem prowadzą w ślepy zaułek. Sprawa na pozór jest prosta, członkowie partii eliminują swoich wrogów. A może te morderstwa nie mają nic wspólnego z polityką? Sama po jakimś czasie rozwiązałam tę zagadkę. Dla mnie jednak, ten wątek jest tłem dla opowieści o przedwojennych czasach, o polityce i przedstawicielach władzy umiejętnie manipulującymi elektoratem.
Jeszcze słowo o bohaterach. Postaci mamy tutaj mnóstwo i muszę przyznać, że momentami miałam poczucie chaosu i gubiłam się próbując skojarzyć imiona, nazwiska i relacje ich łączące. Autor nie poprzestaje na ukazaniu obecnej sytuacji każdej z tych osób. Bardzo często wracamy wraz z nimi do wydarzeń z przeszłości, co pozwala na gruntowniejsze poznanie każdej z postaci. Zaskoczyło mnie jedynie to, jak niewiele dowiedziałam się o głównym bohaterze serii - Antonim Fischerze, jednak jego losy poznam zapewne sięgając po pierwszy tom.
„Tylko umarli wiedzą” to intrygujący kryminał w stylu retro, z ciekawie nakreślonym tłem polityczno- obyczajowym, który zaabsorbuje nie tylko fanów gatunku.
 
 
 
R. Ćwirlej – Tylko umarli wiedzą

 

stron: 520

wyd. Czwarta Strona 2017

piątek, 15 czerwca 2018

Pénélope Bagieu "Tupeciary. O kobietach, które robią to, co chcą"


Pénélope Bagieu jest ilustratorką pochodzącą z Francji. Ponadto gra na bębnach w zespole rockowym. Pierwszy komiks Josephine stworzyła dziesięć lat temu dla francuskiego czasopisma, który pięć lat później doczekał się filmowej adaptacji. W 2016 roku założyła bloga BD Les Culottées, gdzie co tydzień pojawiał się komiks o jednej kobiecie. W ciągu trzydziestu  tygodni czytelnicy poznali trzydzieści charyzmatycznych kobiet, które łamały stereotypy i często szokowały opinię publiczną. W marcu w polskich księgarniach pojawiły się „Tupeciary”- zbiór piętnastu komiksów o kobietach, które – jak głosi podtytuł- robiły to, co chciały.
O kim przeczytamy? O Tove Jansson, mamie Muminków. O Clémentine Delait – kobiecie z brodą, która budziła sensację. O Annette Kellerman – pływaczce, która zrewolucjonizowała życie kobiet tworząc… stroje kąpielowe. O Las Mariposas – siostrach Mirabal, które walczyły z dyktaturą panującą w Republice Dominikańskiej oraz o Leymah Gbowee – działaczce społecznej, uhonorowanej Pokojową Nagrodą Nobla. Oczywiście to tylko niektóre bohaterki tej publikacji.
 
Każda z tych kobiet dokonuje czegoś niezwykłego na czasy, w których przyszło im żyć. Niektóre reformowały świat, inne państwo, które zamieszkiwały, bądź swoje własne życie. Oczywiście nie było to łatwe. Bohaterki często płaciły wysoką cenę za swoje przekonania, i walkę o ideę, w którą wierzyły. Niezależnie od tego, na jaką skale były to transformacje i jaki finał miały te zmagania, pokazywały siłę tkwiącą w kobietach oraz dawały nadzieję na to, by rola kobiety, w obszarach zdominowanych przez mężczyzn, umocniła się.
Pénélope Bagieu stworzyła ilustrowane opowieści, które mnie urzekły. Za pomocą kolorowych i czarno-białych szkiców ukazała szeroką paletę emocji towarzyszących bohaterkom. Jej rysunki są pełne ekspresji, momentami żywiołowe i nieokiełznane, innym razem subtelne i wyważone. Warstwa graficzna to jednak nie wszystko. Komiks posiada też tekst ;):) Zatem co z nim? Autorce w kilkudziesięciu zdaniach (po tyle przypada ich na jeden komiks) potrafiła przekazać najistotniejsze informacje o każdej z postaci. Muszę jednak stwierdzić, że mnie te kilkadziesiąt zdań nie wystarczyło. Rozbudzały one moją ciekawość musiałam ratować się większą porcją informacji o bohaterkach (w tym momencie przydał się Internet ;)).
„Tupeciary” to komiks traktujący o zmaganiach ze swoimi słabościami oraz z uwierającymi normami społecznymi. To historie kobiet silnych, które walczą o siebie i swoje przekonania, a wszystko to zrównoważone odrobiną humoru i dopełnione sugestywnym grafikami.
 
 

 


Pénélope Bagieu – Tupeciary. O kobietach, które robią to, co chcą

stron: 146

wyd. Bęc Zmiana 2018

wtorek, 12 czerwca 2018

Jay Asher "13 powodów"

Jay Asher swoją powieść,  „13 powodów” napisał w 2007 roku i, jak powiedział w jednym z wywiadów impulsem do jej napisania była próba samobójcza jego znajomej.Cztery lata później książka znalazła się na liście bestsellerów New York Times’a, a w ubiegłym roku Netflix, w oparciu o fabułę książki, zrealizował serial pod tym samym tytułem. Serial zyskał wielu fanów, a o powieści znów zrobiło się głośno. Od czasu do czasu, zdarzyło mi się natknąć na jakiś tekst o książce, jednak nie czułam się przekonana na tyle, by po nią sięgnąć. Niedawno znalazłam ją w bibliotece, więc postanowiłam sprawdzić, jakie na mnie wywrze wrażenie i muszę przyznać, że czuję się rozczarowana. Zanim napiszę dlaczego, słowo o fabule.
Hannah Baker popełnia samobójstwo. Nauczyciele oraz znajomi dziewczyny są wstrząśnięci tym, co się stało. Wiele osób zadaje sobie pytanie: czy można było uniknąć tej tragedii? Czy w zachowaniu nastolatki było coś niepokojącego? Coś, co wskazywałoby na jej zamiary? Zagadką pozostają także motywy, które skłoniły Hannah do odebrania sobie życia. Wkrótce trzynaście nastolatków dowie się, że to właśnie oni są „powodami”. Dziewczyna przed śmiercią nagrała trzynaście taśm, a każda z nich to opowieść o osobie, która w mniejszym lub większym stopniu przyczyniła się do samobójczej śmierci koleżanki. Kasety trafiają do Claya Jensena i to właśnie jego oczyma (i oczyma Hannah) śledzimy minione zdarzenia.
Samobójstwa wśród młodzieży to temat ważki i, odnoszę wrażenie, trochę spychany na boczny tor, dlatego uważam, że uwidacznianie tego problemu w literaturze skierowanej do nastoletnich odbiorców jest wskazane. Jay Asher tej problematyce nadał formę, która do mnie nie trafia.
Zacznijmy od tego, co doprowadziło Hannah do podjęcia decyzji o samobójstwie. Poczucie osamotnienia, odtrącenie przez znajomych, niewybredne plotki, podglądanie to tylko niektóre motywy, jakim kierowała się dziewczyna. Przyznam, że nam, dorosłym niektóre z nich mogą one wydawać się błahe, jednak dla nastoletniej osoby, na dodatek nadwrażliwej takie sytuacje mogą okazać się krytyczne. A napiętrzające się problemy z rówieśnikami doprowadzić młodego człowieka do depresji i decyzji o odebraniu sobie życia. Tak było z Hannah. Jedna przykra sytuacja wywoływała kolejną, ta znów kolejną, aż do tragicznego finału. Wiem, że ciężko jest prosić kogoś o pomoc. Nastolatki często nie mają zaufania do pedagogów czy psychologów, jednak nie mogę zrozumieć, dlaczego bohaterka nie szukała pomocy, nie zwróciła się choćby do rodziców. W jednym z nagrań  mówi, że „postawiła na sobie krzyżyk”. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ona po prostu nie chciała znaleźć innej drogi, by zmienić zaistniałą sytuację.
Autor posłużył się kolokwialnym językiem, w który wplótł wiele slangowych zwrotów, które w jakimś stopniu ma wprowadzić czytelnika w środowisko nastolatków i nadać powieści  autentyczności. I faktycznie tak jest, jednak sposób przedstawienia całej historii już nie do końca mi odpowiada. Opowieść Hannah miejscami pauzowana jest przez Claya, który analizuje to, co słyszy. Mnie to przeszkadzało, wprowadzało chaos i utrudniało formowanie własnego obrazu Hannah i jej otoczenia. Ponadto opowieść o Hannah jest taka lekka. Owszem, powieści skierowane do młodzieży powinny być przystępne w odbiorze, jednak tutaj nie współgrała mi ona z problematyką.
Jay Asher w „13 powodach” chciał pokazać katastrofalne konsekwencje z pozoru  błahych zachowań, z którymi styka się wielu młodych ludzi. Niestety, przez wgląd na pewne czynniki muszę stwierdzić, że mnie taka forma zobrazowania tego po prostu nie przekonuje.
J. Asher – 13 powodów
stron: 272
Wyd. Rebis 2015

czwartek, 7 czerwca 2018

Michał Larek "Na tropie"



Początek lat 90-tych minionego wieku

W Poznaniu prowadzone są poszukiwania dziennikarza, Wiktora Grandowskiego, który z ogromnym zapałem dokopywał się do tajemnic przestępczego światka. W tym samym czasie ginie dziewczyna Kowboja – gangstera, który trzyma w garści wielu biznesmenów, prawników, dziennikarzy i policjantów. Kobieta związana była także z funkcjonariuszem o ksywie Harry, który za wszelką cenę pragnie odnaleźć sprawcę. Rozpoczyna się żmudne śledztwo, szukanie informatorów, świadków i ludzi powiązanych ze środowiskiem przestępczym. Z każdym kolejnym tropem, grupa policjantów odkrywa nowy element układanki i kolejne osoby, które powiązane są ze sobą nićmi współzależności. Harry, koordynujący oba te śledztwa, będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie: kto jest wrogiem, a kto przyjacielem?
„Na tropie” to drugi tom serii DEKADA, której autorem jest Michał Larek. Muszę wspomnieć, że znów zaczynam od środka czyli bez znajomości „Furii”, która otwiera ten cykl. W książce oczywiście istnieją nawiązana do wydarzeń z poprzedniej części, jednak nie były one na tyle znaczące, bym czuła się zagubiona w tej wielowątkowej opowieści. Choć przyznam, że przez moment, zaczynając swoją przygodę z poznańskimi śledczymi,  przytłaczał mnie ogrom nazwisk i ksyw, jednak szybko sobie to uporządkowałam.
Bardzo szybko udało mi się wgryźć się w klimat powieści i wrócić do lat dziewięćdziesiątych i osiemdziesiątych. Michał Larek otoczył mnie ówczesną atmosferą wplatając w opowieść fragmenty utworów Madonny, Modern Talking, Siekiery, Proletaryatu cz Eurythmics, a także  odnosząc się do popularnych wtedy filmów czy książek ( „Psy” Władysława Pasikowskiego czy „Pamiętnik Anastazji P.” Marzeny Domaros). Co więcej, autor przywołuje autentyczne zbrodnie z tamtych lat.
Wspominam o latach 80-tych i 90-tych, gdyż akcja powieści rozgrywa się dwutorowo i oprócz śledzenia bieżących wydarzeń, zyskujemy możliwość poznania „Pociągu” – sprawy gwałciciela, którego kilka lat wcześniej przymknął Harry. Dzięki temu postać policyjnego wygi stała się dla mnie trochę mniej obca. Harry jest intrygującym nieprzewidywalny i nie daje się jednoznacznie zdefiniować przez co wzbudza mieszane uczucia. We mnie raczej te negatywne. Moje zainteresowanie wzbudziła także policjantka Katia nazywana Furią (tu żałuję, że nie znam poprzedniego tomu, gdyż właśnie tam tkwi odpowiedź na pytanie, skąd taka ksywa).
Michał Larek stworzył wiarygodną, trzymającą w napięciu opowieść, gdzie nic nie jest tylko czarne czy tylko białe, a człowiek pełen namiętności i pragnień, nie zawsze decyduje się na bycie uczciwym.


Michał Larek – Na tropie

stron:432

wyd. Czwarta Strona 2018

piątek, 1 czerwca 2018

[serial] Dark - reż Baran bo Odar

Zdjęcia pochodzą ze strony www.facebook.com/DARKNetflix


Siadam do klawiatury, w tle Soap&Skin „Me And The Devil”- utwór, który usłyszeć można w serialu „Dark”, bo właśnie o tej produkcji chcę opowiedzieć.  
 
Przenieśmy się do Winden – małego niemieckiego miasteczka, gdzie codzienność ma odcień szarości, a jego mieszkańcy wiodą z pozoru spokojne życie, przymykając oko na wiele detali, które mogłyby temu spokojowi zaszkodzić. Miasteczko ma kilka charakterystycznych miejsc, które okażą się kluczowe dla fabuły. Te miejsca to elektrownia atomowa oraz las, gdzie znajdują się (nie)zwykłe jaskinie.

Jest 2019 rok. W Winden dochodzi do kilku wstrząsających wydarzeń. Jeden z mieszkańców popełnia samobójstwo, a dwaj chłopcy znikają bez śladu. Sprawą zajmuje się Urlich Nielsen (ojciec jednego z chłopców) oraz Charlotte Doppler. Wkrótce w poszukiwania angażuje się spora część mieszkańców Winden. Każdy nowy trop, zamiast przybliżać śledczych do rozwiązania, coraz bardziej ich dezorientuje. Niebawem przekonają się, że aby zrozumieć teraźniejszość, muszą wrócić do wydarzeń sprzed trzydziestu trzech lat. I tutaj się zatrzymam. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, by ci, którzy planują poznać serial mogli sami odkrywać kolejne wątki.

„Dark” to niemiecka produkcja stworzona specjalnie dla Netflixa. Na platformie pojawiła się w ubiegłym roku i szybko zyskała fanów. Serial bardzo często porównywany jest do amerykańskiego „Stranger Things”. I przyznam, że początkowo także miałam takie skojarzenia, jednak wraz z rozwojem wydarzeń, drogi obu seriali coraz bardziej się rozchodziły.
 

Muszę przyznać, że reżyser Baran bo Odar oraz scenarzysta Jantje Friese stworzyli obraz, który albo oczaruje klimatem, albo nim przytłoczy. A wielowątkowa opowieść zaangażuje, bądź wywoła chaos, który utrudni odbiór. To, co dla jednych będzie siłą serialu, dla innych okaże się jego słabą stroną. Sama lubię takie nieoczywiste historii, które wzbudzają sporo – czasem sprzecznych – emocji. Doszukamy się tutaj elementów charakterystycznych dla kryminału, dreszczowca czy science fiction.  
 
Ja odebrałam serial pozytywnie, co nie znaczy, że wszystkie detale „Dark” odbieram pozytywnie. Sezon pierwszy składa się z dziesięciu odcinków. I muszę nadmienić, że już na początku należy uzbroić się w cierpliwość. Wydarzenia snują się tutaj niespiesznie, zatem zwolennicy szybkiej akcji mogą poczuć się znużeni. Przyspieszenie zauważymy dopiero w kilku końcowych odcinkach. Mnie ta jej leniwość nieco przeszkadzała, jednak dała mi czas na poznanie bohaterów oraz łączących ich relacji. I tutaj nadmienię, że właśnie z powodu tych licznych korelacji i wędrówek po osi czasu, serial wymaga skupienia. Poświęcając opowieści sporo uwagi, udało mi się złożyć niektóre układanki, zanim zrobi i to bohaterowie. Mimo to, bardzo często bieg wydarzeń mnie zaskakiwał, gdyż spodziewałam się kompletnie innych rozwiązań.

Wracając do klimatu, o który wcześniej tylko zahaczyłam. Jest ciężko, jest duszno…. i mnie to odpowiada ;) Małe miasteczko, bohaterowie, którzy mają wiele do ukrycia i świetnie dobrana muzyka budują tę gęstą aurę. Mnie przywodzi ona na myśl skandynawskie seriale czy powieści grozy. Każda z postaci, jak już wspomniałam, ma swoje grzeszki, które skrzętnie chowa przed światem. Na próżno szukać tutaj pozytywnego bohatera, nawet najmłodsi mają coś  do ukrycia.
 

Wspomniałam, że muzyka dobrze komponuje się z fabułą serialu. Dodam jeszcze, że dźwięków jest tutaj dość sporo i towarzyszą widzowi nie tylko w kluczowych momentach. Twórcy zdecydowali się na utwory Agnes Obel, Soap&Skin, Apparat, Mimi Page, Neny czy Tears for Fears. Oczywiście to tylko niektóre nazwiska, warto jednak poznać cały soundtrack.
 
 
Finał pierwszego sezonu może nie był szczególnie spektakularny, ale pozostawił wiele wątków w zawieszeniu, co daje nam nadzieję na kontynuację (na chwilę obecną, pewne jest, że powstanie drugi sezon). Polecam tym, którzy lubią mroczne historie z gęstym klimatem, wolno sączącą się akcją i bohaterami, którzy przyprawiają o gęsią skórkę.


 
 
 
Dark
reż. Baran bo Odar
 
Niemcy 2017

 


niedziela, 27 maja 2018

Michelle Paver "Przepaść"

 
Himalaje, 1906 rok
Kilkoro Anglików, pod dowództwem generała Edmunda Lyell’a udaje się do Dardżyling, by stamtąd wyruszyć na Kanczendzongę- trzeci, co do wielkości szczyt Ziemi. Finał ekspedycji jest tragiczny- pięć osób ginie, a ci, którzy przetrwali muszą stawić czoła nowej rzeczywistości, w której się znaleźli. Jeden z ocalałych – Edmund Lyell, wydaje książkę „Skrwawieni, lecz niezłomni: atak na Kanczendzongę” i staje się swego rodzaju bohaterem. Inaczej potoczyły się losy Charles’a Tennant’a, kolejnego ocalałego uczestnika wyprawy. Mężczyzna nieustannie wraca myślami do tamtych traumatycznych wydarzeń i próbuje uporać się z ogromnym poczuciem winy, jakie będzie mu towarzyszyło do ostatnich chwil jego życia.
Mija dwadzieścia dziewięć lat od tej tragedii. Do Dardżyling przybywa pięciu śmiałków by stamtąd – śladami Lyell’a - wyruszyć na podbój Kanczendzongi. Ten szczyt, uznawany za jeden z najbardziej niebezpiecznych na świecie, będzie dla bohaterów ogromnym wyzwaniem, nie tylko ze względu na klimat, lawiny czy rozrzedzane powietrze, które wywołuje różne zaburzenia. Ta góra skrywa coś jeszcze; coś co wyczuwalne jest tylko dla niektórych uczestników ekspedycji; coś, co kiełkować zaczęło niemal trzydzieści lat temu; coś, co okaże się brzemienne w skutkach.
Muszę przyznać, że początek mojej znajomości z twórczością Michelle Paver nie był łatwy. Nie potrafiłam wgryźć się w klimat „Przepaści”. Udało mi się to dopiero w momencie, kiedy główni bohaterowie docierali do któregoś z kolei obozu. Cieszę się, bo później klimat gęstnieje, a i moja ciekawość rosła w miarę rozwoju zdarzeń. Rozszyfrowanie czym było to „coś”, co miało znaczący wpływa na wyprawę nie zajęło mi dużo czasu, jednak mimo to śledziłam kolejne etapy wędrówki głównych bohaterów, bo przyciągały mnie postaci, ich relacje, to, jak warunki, w których się znaleźli wpływały na ich zachowanie i ich morale.
Narratorem powieści jest lekarz, Stephen Pearce, który jest bratem Kitsa - organizatora wyprawy. Kits od dziecka zafascynowany był Edmundem Lyell’em, a książka „Skrwawieni, lecz niezłomni: atak na Kanczendzongę” była dla niego niczym święta księga. Stephen nie podzielał entuzjazmu brata względem sławnego generała. W ogóle bracia znacznie się od siebie różnili. Kits, zawsze ten najlepszy, traktował młodszego brata nieco z góry. Ich rywalizacja, zapoczątkowana w okresie dzieciństwa widoczna była także w tych górskich, ekstremalnych warunkach.
Ponadto interesujące było to, jak bezwzględne warunki wpływają na ludzkie zachowanie. W górach wszystko zdaje się mieć inny wymiar, niż tam w dole, gdzie jest bezpiecznie. Człowiek dręczony chorobami, wyczerpany atmosferycznymi uwarunkowaniami – zmienia się, popada w stan bliski szaleństwu, nie wie, co jawą, a co snem. I tutaj można zadać sobie pytanie: czy trudne okoliczności usprawiedliwiają każde zachowanie? Czy próba ocalenia siebie tłumaczy egoizm i porzucenie towarzyszy w potrzebie? Czy warto realizować swoje pasje, nawet wtedy, gdy ceną jest życie?
Michelle Pever stworzyła powieść, gdzie nie wszystko jest fikcją. Alexis A. Pache, Paul Bauer czy Frank Smythe to ludzie, którzy podjęli próbę zdobycia góry. Niektórzy nigdy nie wrócili. Takie połączenie sprawia, że historia staje się bardziej wiarygodna. Muszę dodać, że autorka rozpoczynając pracę nad książką, sama wybrała się do Dardżyling, następnie przemierzała wzgórza wokół Kanczendzongi, co na pewno miało wpływ na finalny kształt opowieści. Czuć to chociażby w języku, który jest bardzo sugestywny i plastyczny.
„Przepaść” to powieść o pasji, która zdaje się być igraniem ze śmiercią i o relacjach międzyludzkich ukazanych na tle niecodziennych okoliczności. Ja, mimo początkowych trudności, poczułam się tak, jakbym była w centrum wydarzeń.
 
Michelle Paver – Przepaść
Stron: 272
Wyd. Czwarta Strona 2018