poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Lidia Jasińska "Ty i teraz"



Zacznę nieco podręcznikowo- od wyjaśnienia czym właściwie jest aforyzm. Nazwa ta pochodzi od łacińskiego słowa aphorismus oznacza złotą myśl lub sentencję, która trafnie, ale i zaskakująco wyraża  uniwersalne prawdy moralne czy filozoficzne.
Każdy z nas na pewno nieraz zetknął się z tego typu twórczością, choćby w szkole wpisując się koleżankom do pamiętników czy natykając się na nich w kalendarzach ;) Niektórzy, z sentencji, które najbardziej do nich przemawiają tworzą swoje życiowe motto. 
W moim odczuciu, stworzenie aforyzmu to trudna sztuka, która wymaga od autora sporej dozy wrażliwości i empatii, wnikliwości w obserwacji otoczenia oraz pewnego zmysłu literackiego, by tę maksymę okryć właściwymi słowami. 
Tworzeniem aforyzmów zajmowała się Lidia Jasińska- absolwentka Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej. Aforystka- jak sama twierdziła- w każdej stworzonej sentencji starała się utrwalić chwilę, nastrój, tak aby nie uległ on zapomnieniu. Ósmy zbiór jej aforyzmów- "Ty i teraz" został wydany w ubiegłym roku.
Wiodącym tematem zamieszczonych w tej publikacji aforyzmów są relacje międzyludzkie. Autorka akcentuje przede wszystkim miłość, która dla wielu z nas jest tą najważniejszą „relacją”. Zabrzmi trywialnie, jeśli napiszę, że odnajdziemy tutaj różne twarze miłości, ale tak jest. Miłość spełniona, miłość destrukcyjna, miłość nieodwzajemniona, samotność, rozczarowanie, które tej miłości często towarzyszą. Banalne- można by rzec- a to właśnie tego uczucia wiele osób szuka przez całe życie. 
Wspomnę, że jest to mój pierwszy zbiór aforyzmów, jaki miałam okazję poznać. Oczywiście często natykałam się na motto czy złotą myśl sięgając po literaturę czy prasę, jednak tomik zawierający około siedmiuset sentencji to dla mnie wyzwanie. Nie da się ich przeczytać ot tak, jednym ciągiem, że tak powiem. Każdą z nich chciałam dopasować do siebie i przyjrzeć się temu. I jakie wnioski, zapytacie ;) Owszem, kilka sentencji sprawiło, że drgnęła we mnie jakaś struna. Widocznie wpasowały się one obecny etap mojego życia. Mimo to, muszę przyznać, że entuzjastką tego typu publikacji nie zostanę.  Niemniej, dla tych, którzy znają już twórczość autorki, a aforyzmy są dla nich bodźcem do refleksji, z pewnością znajdą w tym zbiorze coś dla siebie.


Lidia Jasińska – Ty i teraz

stron: 242
wyd. Imprint Media 2017

czwartek, 19 kwietnia 2018

Sarah Moss "Między falami"


Adam Goldschmidt nie wstaje codziennie do pracy, jak większość mężczyzn, ponieważ to na jego żonie, Emmie spoczywa obowiązek utrzymywania rodziny. On tymczasem zajmuje się domem, pomaga  córkom w odrabianiu lekcji i czeka z obiadem na powrót swojej małżonki.  W wolnych chwilach pisze książkę o katedrze w Coventry i sporadycznie prowadzi wykłady na uniwersytecie. Można powiedzieć, że jego rodzina funkcjonuje według ustalonego wiele lat temu schematu. Wszystko zmienia jeden telefon ze szkoły jego piętnastoletniej córki, Miriam. Dziewczynka zasłabła na szkolnym boisku, a jej serce przestało bić. Jednak dzięki natychmiastowej reanimacji nastolatka przeżyła. Niestety żaden lekarz nie potrafi wyjaśnić przerażonym rodzicom, dlaczego doszło do zatrzymania akcji serca. Po kilkunastu dniach pobytu w szpitalu, Miriam wraca do domu, jednak jej rodzice nieustannie nad nią czuwają, drżąc na samą myśl o tym, że TO może znów przydarzyć się ich córce.
Książka „Między falami„ autorstwa Sary Moss urzekła mnie przede wszystkim subtelnym językiem oraz ogromną wrażliwością, którą w szczególności emanuje Adam- narrator powieści. Oczywiście jest kilka elementów, na które spoglądam mniej przychylnym okiem, ale o tym za chwilę.
Wracając do Adama, bo to on tutaj gra pierwsze skrzypce. Opiekuje się rodziną, dba o dom i gotuje. Bez wątpienia łamie tutaj stereotypy dotyczące roli mężczyzny, postrzeganego głównie jako żywiciela rodziny. Bohater, owszem tęskni za pracą zawodową, jednak córki są dla niego najważniejsze. I to on zaprasza czytelnika do swojego domu, by podzielić się z nim opowieścią o rodzinie. Przyznam, że Adam jako narrator mnie zaskakiwał. Przede wszystkim wspomnianą już wrażliwością. Jego opowieść jest szczera, momentami wzruszająca i pełna emocji. Choć moim odczuciu, pewne wydarzenia być może są przerysowane w jego opowieści, jednak myślę, że to dobre odzwierciedlenie tego, jak ciężko jest nam spojrzeć na pewne sytuacje z dystansem, zwłaszcza jeśli dotyczą one zdrowia i życia naszych najbliższych. Muszę jeszcze dodać, że chwilami irytował mnie swoim zachowaniem i miałam ochotę nim potrzasnąć.
Jak już wspomniałam opowieść tkana jest subtelnym językiem, co nie oznacza, że jest lekka w odbiorze. Choroba córek i wieczny lęk rodziców o to, co złego może im się przytrafić sprawia, że historia mogłaby być zbyt przytłaczająca, jednak dzięki delikatności języka tak się nie dzieje. Ponadto, autorka losy rodziny Goldschmidt przeplata opowieścią o katedrze w Coventry, dzięki czemu czytelnik może złapać oddech.
Opowieść snuta jest nieco leniwie, zatem zwolennicy szybkiej akcji mogą się nudzić. Poza tym niewiele tutaj dialogów. Mnie jednak to nie przeszkadzało i dałam się zaprosić do świata tej brytyjskiej rodziny.
Między falami” to opowieść o lękach, które towarzyszą każdemu z nas. W końcu, kto nie boi się o zdrowie swoich najbliższych, o swoją przyszłość czy pracę. To także opowieść o rodzicielskiej miłości, której wielu z nas zapewne doświadcza, bądź dopiero doświadczy. I wreszcie to historia o kryzysach: małżeńskim, politycznym czy tym w służbie zdrowia. 



Sarah Moss – Między falami
stron: 386
wyd. Wydawnictwo Poznańskie 2018

piątek, 13 kwietnia 2018

Jim Robbins "Zadziwiający świat ptaków"



Czy ptaki są potomkami dinozaurów? Dlaczego skrzydła kolibrów mienią się jak kryształy? Jakie gatunki ptaków są najbardziej „rodzinne”? Czy powiedzenie „ptasi móżdżek” na pewno ma negatywny wydźwięk? Ile mamy wspólnego z tymi skrzydlatymi stworzeniami?
Odpowiedzi na te pytania (i nie tylko) znaleźć możemy w książce Jima Robbinsa zatytułowanej „Zadziwiający świat ptaków”. Autor od 35 lat pisze dla New York Timesa, głównie na temat problemów środowiska naturalnego. A wspomniana książka to efekt jego zainteresowania tymi stworzeniami. Jak sam przyznaje,  intrygujące jest to, w jaki sposób rozumiemy ptaki i jak moglibyśmy wzbogacić naszą wiedzę, żeby lepiej zrozumieć samych siebie i świat wokół nas.*
Sama sięgnęłam po książkę ponieważ ptaki towarzyszą mi od dziecka. I muszę przyznać, że są ważną częścią mojego życia. W moim domu mieszkają m.in. papugi faliste, nierozłączki, aleksandretty obrożne, nimfy, rozelle białolice, amadyny wspaniałe czy bażanty diamentowe.
Jim Robbins zabiera czytelnika w podróż, która przybliży nam te latające stworzenia. Zaczniemy od ery dinozaurów, bo to tam należy wypatrywać ich pierwszych potomków, później kolejne epoki, gdzie poznamy genezę ptasiego lotu i ludzi zafascynowanych tymi stworzeniami (do gronach tychże osób należał m.in. Leonardo da Vinci). Ponadto autor dzieli się z czytelnikami wiedzą zdobytą podczas wielu spotkań z naukowcami, badaczami, których fascynuje świat ptaków. Muszę przyznać, że jest on bardzo dobrym gawędziarzem. Zgrabnie łączy wątki historyczne, naukowe z wiadomościami z pogranicza psychologii, czy nawet filozofii. Nie są to jednak takie „podręcznikowe” informacje. Te tutaj, podane są w bardzo przystępny sposób, dzięki czemu nie nużą. Ponadto ta opowieść pełna jest zabawnych czy  zaskakujących anegdotek.
 „Zadziwiający świat ptaków” Jima Robbinsa wciąga, oczarowuje, zdumiewa i zwraca uwagę na to, jak często nie doceniamy ptaków i nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ważną rolę spełniają w naszym życiu. 


I na koniec, Riko chciałby Wam coś powiedzieć :)




*cytat pochodzi z książki „Zadziwiający świat ptaków”.

J. Robbins – Zadziwiający świat ptaków
Stron: 408
Wyd. Feeria 2018

niedziela, 8 kwietnia 2018

Ernest Cline "Player One"


OASIS to wirtualna rzeczywistość stworzona przez Jamesa Hallidaya, jednego z najlepszych projektantów gier. Każda osoba z łatwością może przenieść się do tego świata, wystarczy mieć wizjer, rękawice i dostęp do Internetu. Z biegiem czasu ta wirtualna egzystencja staje się dla ludzi ważniejsza, niż realne życie. To tutaj pracują, spędzają wolny czas i nawiązują relacje międzyludzkie.
Jest rok 2045, choć od śmierci Halliday’a upłynęło kilka lat, jego testament nadal budzi wielkie emocje. Komputerowy geniusz i miliarder zapisał swój majątek osobie, która jako pierwsza zdobędzie tzw. jajo Halliday’a. Ponadto zwycięzca uzyska także kontrolę nad OASIS. Naturalnie, dotarcie do owego jaja nie będzie proste, a ci którzy podjęli to wyzwanie będą musieli rozszyfrować sporo łamigłówek oscylujących wokół lat 80-tych minionego wieku.  
Jak dotąd, nikomu nie udało się rozwiązać ani jednej zagadki. Zatem kiedy 11 lutego 2045 roku osiemnastoletni Wade Watts rozszyfrował pierwszą z nich-  świat oszalał. Rozpoczyna się wyścig, w którym nie wszyscy grają fair. Tajemnicze Szóstki, biorące udział w rywalizacji, nie cofną się przed niczym, byle tylko przejąć kontrolę na OASIS.
Muszę wspomnieć, że rzadko sięgam po literaturę młodzieżową i w dodatku z gatunku science- fiction. Do wyboru przekonały mnie te lata 80-te, do których nawiązuje książka. Przyznam, że książka pozytywnie mnie zaskoczyła. Oczywiście nie obyło się bez słabszych elementów, ale zacznijmy od plusów.
Ernest Cline stworzył opowieść, która ujęła mnie klimatem. Ta sentymentalna podróż przez popkulturę lat 80-tych bardzo mi się podobała. Muzyka, seriale, filmy, a w końcu technologia tamtych lat uruchomiły we mnie wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. Sama miałam wspomniany w książce Commodore 64 czy Atari. I doskonale pamiętam te stosy kaset, na których znajdowały się gry ;)
Słabszym – w moim odczuciu – elementem książki jest fabuła, w którą wkradła się pewna schematyczność. Mamy tutaj walkę dobrych (bohaterów) z tymi złymi, miłosne perypetie (na szczęście nie są one przesłodzone) i wyprawę po skarb (w tym przypadku jajo). I chociaż autor zadbał o częste zwroty akcji oraz o to, by droga głównego bohatera do wygranej nie była usłana różami- z góry wiemy, jak skończy się ta opowieść. Jednak to wszystko nie jest tutaj czynnikiem najważniejszym. Klimat, stopniowo budowane napięcie i wartka akcja sprawiają, że pomimo tej przewidywalności książkę dobrze się czyta.
Młodzi czytelnicy, do których skierowana jest książka z pewnością znajdą coś dla siebie. W końcu połączenie technologii, gier komputerowych i szalonej wyprawy pełnej tajemnic to połączenie, które przyciągnie niejednego nastolatka i niejedną nastolatkę ;) Także bohaterowie książki: Wade, Aech czy Art3mis szybko zdobędą ich sympatię. W końcu problem z nawiązywaniem relacji z rówieśnikami, pierwsze zauroczenia czy trudności w komunikowaniu się z rodzicami to tematy bliskie wielu osobom będących w wieku dojrzewania.
Sama dobrze się bawiłam śledząc poczynania Wade’a który okazał się komputerowym geekiem. Jednak, to co najbardziej przyciągnęło mnie w tej książce  to wspomniana podróż do lat 80-tych, które darze sentymentem.
Wspomnę jeszcze, że 6 kwietnia do kin weszła ekranizacja książki w reżyserii Stevena Spielberga. Jeśli macie już seans za sobą, podzielcie się wrażeniami ;)


Ernest Cline – Player One
stron: 504
wyd. Feeria 2018

środa, 4 kwietnia 2018

[rozrywka na PC] Chuchel - Amanita Design

Screeny pochodzą ze strony http://amanita-design.net

„Chuchel” to gra przygodowa typu point and click, wydana przez czeskie studio Amanita Design niespełna miesiąc temu. Swego czasu urzekło mnie „Machinarium” tychże twórców, zatem kiedy na Steamie pojawił się „Chuchel”, musiałam sprawdzić, co tym razem studio przygotowało dla graczy.
Kim jest Chuchel?
Chuchel to mała czarna, włochata kulka. Ma małe oczka, duże usta, cieniutkie ręce i nogi jak patyki. Istotną częścią jego garderoby jest pomarańczowa czapeczka, z którą się nie rozstaje. Ogólnie mówiąc, Chuchel wygląda, jakby namalowało go dziecko.
Największą miłością i jedynym sensem życia wspomnianej kulki jest… wisienka! Tak, tak. Śliczna, czerwona wisienka skrywająca w sobie pestkę ;) Jednak- jak to w życiu bywa- realizacja marzeń nie zawsze idzie, jak po maśle, zatem Chuchel będzie musiał stawić czoła wielu wyzwaniom, zanim zdobędzie upragniony owoc. A muszę dodać, że nie tylko on poluje na wisienkę. Kekel- mały stworek, podąża w ślad za nim, by sprzątnąć mu ją sprzed nosa.
Wiecie z kim kojarzy mi się główny bohater? Z Wiewiórem (tym z „Epoki Lodowcowej”), którego pragnieniem było dorwać żołędzia :) To sama pasja, ta sama desperacja i ten sam pech :D
Zostawmy na chwilę kluczową postać gry i przyjrzyjmy się wizualnej warstwie. Minimalistyczne i oszczędne tła przełamane są tutaj soczystymi barwami postaci. Liczne stworki i potworki przywodzą mi na myśl ilustracje dziecięcych bajek. Jest kolorowo, śmiesznie i dziwacznie.
Główne zadanie gracza czyli o co chodzi z tą wisienką
Cel jest prosty jak budowa cepa- musimy pomóc włochatej kulce dorwać wisienkę. Rozgrywa złożona jest ze scenek. Każda z nich jest odrębną historią, w której czekają na nas łamigłówki. Nie są one szczególnie wymagające. Sama życzyłabym sobie, aby nieco bardziej wymęczyły moje szare komórki ;) Wracając do wspomnianych scenek, nie tworzą one zwartej opowieści. Jedynym łączącym je elementem jest znany nam owoc ;)
Ta gra jest zakręcona, surrealistyczna i zdrowo stuknięta ( w pozytywnym sensie;)). Brak logiki zdaje się być tutaj.... jak najbardziej na miejscu.
Jest zabawnie, dowcipnie i komediowo, a cały ten kolorowy bajzel dopełniony jest muzyką skomponowaną przez czeski zespół DVA. Także, jak widać nie tylko oko się nacieszy;) Ponadto bardzo podoba mi się nawiązanie do klasycznych gier (Pac-man, Tetris). Drobne zastrzeżenia mam do zagadek, o których już pisałam. Chciałabym, aby były bardziej wymagające.
Mimo tej drobnej uwagi muszę stwierdzić, że „Chuchel” to nietypowe i zaskakujące  doświadczenie. I dodam, że twórcy muszą być nieźle zakręceni (pozytywnie) tworząc tego typu grę ;)